Prawdopodobnie już w XIV w. Łabuń był w posiadaniu rodziny Łabuńskich h. Radwan, która zapewne od nazwy miejscowości przyjęła swoje nazwisko. Wygaśli oni w linii męskiej na początku XVII w. Ostatni z Łabuńskich, Krzysztof, dziedzic Łabunia oraz wielu innych włości, żonaty najpierw z Anną Chomiakówną, a po raz drugi z Aleksandrą Czartoryską, wraz ze swą pierwszą żoną ufundował w Łabuniu cerkiew prawosławną. Posiadali też Łabuńscy zameczek obronny, w którym w przypadku niebezpieczeństwa chroniła się okoliczna lud­ność. Zdaje się, że forteczka ta przetrwała woj­ny kozackie i istniała jeszcze w pierwszej poło­wie XVIII w. Na krótko przed śmiercią, około 1603 r. Krzysztof Łaburiski sprzedał Łabuń oraz inne posiadane majątki ks. Ostrogskim. Dobra te nie weszły jednak do ordynacji, lecz po pewnym czasie znalazły się w posiadaniu Lubomirskich. Józef Lubomirski, podstoli li­tewski, upamiętnił się w Łabuniu fundując tam w 1731 r. kościół katolicki. Od jego brata, Stanisława Lubomirskiego, podstolego koron­nego, około 1775 r. kupił klucz łabuński Józef Stempkowski, którego imię głośne było w dru­giej połowie XVIII w. na całych kresach ukrainnych.
Stempkowscy h. Suchekomnaty, piszący się w XVIII w. Stępkowscy, wywodzili się z woj. bracławskiego. W ciągu XVII i XVIII stulecia wydali m.in. kilku kasztelanów i bis­kupa. Józef był synem Jakuba, kasztelana żar­nowieckiego z jego pierwszego małżeństwa z Anną Henrykowską. Z drugiego małżeństwa z Teresą Geszowówną (Geschow) pochodził młodszy syn Jan, szambelan królewski i kon­federat barski. Jakub Stempkowski posiadał jakieś niewielkie dobra w ziemi halickiej woj. ruskiego, skąd obaj synowie wynieśli się dość wcześnie, aby przygód, kariery i majątku szu­kać na szerszym świecie.
Józef Stempkowski (zm. w 1793 r.), żonaty z Franciszką Tarkowską h. Klamry, kasztelan­ką brzesko-litewską, zrobił istotnie karierę błyskotliwą. Zaczynając od skromnego urzędu oboźnego, poprzez regimentarstwo, doszedł w 1785 r. do wysokiej godności wojewody ki­jowskiego. Wszystko to zawdzięczał przyjaźni króla Stanisława Augusta, którego był najgo­rętszym stronnikiem. Zasłynął jako dowódca operacji przeciwko konfederatom barskim, do czego zresztą szczególnie się nie kwapił, głów­nie jednak jako krwawy pogromca powstań chłopskich pod wodzą Iwana Gonty i Maksy­ma Żeleźniaka. Bezwzględne postępowanie Stempkowskiego wobec winnych, a czasem może i niewinnych, budziło zastrzeżenia i pro­test króla, a także części opinii publicznej. Szlachta kresowa, szczęśliwa, że po stłumieniu rebelii powrócić mogła do swych domostw, widziała wszakże w brygadierze męża opatrz­nościowego, patriotę i dobrego Polaka. Dał te­mu wyraz m.in. pamiętnikarz Jan Duklan Ochocki, który w 1786 r. dostał się na dwór wojewody i przez dłuższy czas wiernie mu słu­żył, jak też żyjący już w XIX w. historyk Kre­sów, Eustachy Iwanowski (Heleniusz), który określił Stempkowskiego jako męża wielkiej si­ły moralnej, poważnego, wyrażającego swoje przekonania otwarcie, najczęściej przeciw zda­niu większości. Stanowisko bardziej krytycz­ne zajęli historycy późniejsi oraz gawędziarz A. J. Rolle.
Osiągnąwszy najwyższe w kraju godności, Józef Stempkowski założył w Łabuniu wielką rezydencję, jedną z najwspanialszych w kraju. Jak zwykle w podobnych przypadkach bywało, koszty budowy i urządzenia, a także późniejsze wystawne życie i przyjęcia do takiego stopnia nadwerężyły posiadaną przez wojewodę fortu­nę, że dla spadkobierców jego prawie nic już nie pozostało. Krótko i nieomal wyłącznie no­minalnymi dziedzicami fortuny byli dwaj sy­nowie wojewody: Jan, pułkownik straży przed­niej, oraz Jakub, który edukację swoją ukoń­czył tuż przed śmiercią ojca. Jan Stempkow­ski, zakochawszy się nie po myśli ojca w pan­nie N. Kruszewskiej, poślubił ją, ale umarł bardzo młodo tknięty apopleksją, nie pozosta­wiając żadnego potomstwa. Zrozpaczona żona po upływie zaledwie kilku dni poszła w jego ślady. Jakub Stempkowski ożenił się z N. Świętosławską i miał z nią trzech synów. Naj­prawdopodobniej właśnie Jakub Stempkowski, jeszcze w roli gospodarza, przyjmował w Ła­buniu gen. Michała N. Kretecznikowa, gdy ten ze swoim sztabem zamieszkał w pałacu łabuńskim i 8 kwietnia 1795 r. odebrał tam od okolicznego ziemiaństwa przysięgę na wier­ność Katarzynie II.
Przypuszczalnie jedyna córka wojewody, Weronika (zm. w 1819 r.), wyszła za mąż naj­pierw za ks. Marcina Lubomirskiego, a po roz­wodzie z nim za Teofila Wojciecha Załuskiego, kasztelana buskiego, po raz trzeci zaś, po dłu­gotrwałym z nim romansie, za Osipa A. Igelstróma, dyplomatę, który w 1767 r. przebywał w Warszawie przy ambasadorze N. W. Repninie. Zapewne na podstawie jakiegoś układu z braćmi ona była ostatnią z rodziny właści­cielką ośrodka Łabunia. Jej córka z drugiego małżeństwa, Franciszka, poślubiła ks. Fryde­ryka Lubomirskiego, dziedzica klucza czerwijowskiego, wicegubernatora wołyńskiego. We­szła ona poniekąd do historii literatury polskiej jako jedna z „muz” Antoniego Malczewskiego.
Zapewne synami Jakuba Stempkowskiego byli: Ignacy, ożeniony z Cecylią Giżycką, z którą miał wprowadzie syna, ale go stracił w bardzo młodym wieku; Józef, „bardzo słusz­nego wzrostu i wielkiej piękności”, oficer wojska polskiego z 1831 r. a następnie emig­rant, bezpotomny, oraz Jan, do końca życia chory umysłowo i także bezpotomny. Tylko dwie córki Ignacego Stempkowskiego repre­zentowały następne pokolenie, choć już tylko po kądzieli. Starsza z nich, Cecylia, poślubiła Eugeniusza Żurowskiego, młodsza zaś, Elżbie­ta, Czesława Jaroszyńskiego. Potomkowie wo­jewody kijowskiego Józefa Stempkowskiego wygaśli więc w ciągu XIX w. całkowicie.
Dawny klucz łabuński, zadłużony powyżej wartości zarówno przez samego wojewodę, jak przez złą gospodarkę jego spadkobier­ców, przestał istnieć już pod koniec XVIII w. Poszczególne wsie przypadły różnym wierzy­cielom. Ośrodek z dawną rezydencją kupił Franciszek Rudnicki (h. Rudnica?). Ostatnim właścicielem tego niewielkiego już majątku do 1917 r. był jego przypuszczalnie prawnuk, Stanisław Rudnicki, wnuk Romualda i Heleny z Sachnowskich, syn Zygmunta i bar. Matyldy Raab.
Wkrótce po nabyciu Łabunia, a więc w la­tach siedemdziesiątych XVIII w., Józef Stem­pkowski zabrał się do wznoszenia tam wspaniałej rezydencji, ukończonej ok. 1780 r. Miała ona dać odpowiednią oprawę dla jego coraz to znakomitszej pozycji społecznej, a zarazem być przykładem dla niektórych wahających się jeszcze ziemian, czy mogą rzeczywiście czuć się już u siebie bezpiecznie. Bywając często w Warszawie, zamówił projekt pałacu u Efraima Szregera, jednego z najznakomitszych działają­cych wówczas w stolicy architektów. Szczę­śliwym trafem Anthony P. Baggs, historyk architektury z Institute of Historical Research Uniwersytetu w Cambridge, w prywatnych zbiorach londyńskich odnalazł niedawno trzy rysunki Szregera, przedstawiające projekt rzu­tu poziomego całego założenia architektonicz­nego oraz elewacji frontowej i ogrodowej pała­cu. Na ogół pokrywają się one z nielicznymi i niestety skąpymi relacjami osób, które znały Łabuń z autopsji.
Materiały ikonograficzne oraz opisowe do­wodzą, że pałac łabuński był budowlą dwu­kondygnacyjną o rzucie dość długiego prosto­kąta, w pięcioosiowej części środkowej podwy­ższoną o jeszcze jedną kondygnację. Dziewiętnastoosiową fasadę akcentował na osi portyk w wielkim porządku, złożony z sześciu w jed­nakowej od siebie odległości ustawionych ko­lumn jońskich. Dźwigały one balkon otoczony tralkową balustradą. Dwupiętrową część bu­dynku od strony podjazdu wieńczył trójkątny fronton, wypełniony reliefem przedstawiającym scenę figuralną o motywach antycznych. Czteroosiowe odcinki skrajne fasady cofnięte były nieco poza linię elewacji.
Zupełnie inaczej ukształtował Szreger stro­nę ogrodową. Trzykondygnacyjna część środ­kowa wyodrębniona tu została ryzalitem po­zornym, trójosiowe zaś partie boczne - płyt­kimi ryzalitami rzeczywistymi. Połączono je ze sobą balkonem wspartym na osiemnastu kolu­mnach toskańskich stojących pojedynczo, prócz dwóch par flankujących główne wejście i dwóch umieszczonych przy narożnikach ry­zalitów. Całe pierwsze piętro przebite było porte-fenetrami. Środkowe porte-fenetry bo­cznych ryzalitów, znacznie większe od pozo­stałych, miały zamknięcie półkoliste. Część dwupiętrową wieńczyła ścianka attykowa z bardzo bogatymi panopliami i obeliskiem, u którego nasady widniała tarcza herbowa fun­datora pałacu.
Oddzielony od piętra wąską opaską cały parter oraz narożniki elewacji ogrodowej pała­cu pokrywały bonie. Stosunkowo niewielkie, prostokątne otwory okienne parteru prócz klu­czy pozbawione były jakiejkolwiek innej opra­wy. Gładkie obramienia otrzymały natomiast zarówno okna, jak porte-fenetry znacznie wyższego pierwszego piętra, pomyślanego jako piano nobile. Część z nich wieńczyły naczółki trójkątne, część poziome, wsparte na konsolkach. Odmiennie potraktowane zostały tylko okna kondygnacji trzeciej, mniejsze od pozo­stałych. Otrzymały one bowiem zwieńczenia wykonane w sztukaterii oraz ławy wsparte również na konsolkach, połączonych girlanda­mi. Elewacje zamykały gzymsy profilowane i wydatny kroksztynowy. Mocno spłaszczony dach ukryto poza attykami gładkimi. Tylko ry­zality strony ogrodowej zamknięto balustradą tralkową. Od podjazdu attykę zdobiły dalsze, symetrycznie rozmieszczone znacznie jednak skromniejsze niż w zwieńczeniu części dwu­piętrowej panoplie, od ogrodu zaś cztery wazo­ny, ustawione po obu stronach balustrady tralkowej.
Kryte jednokondygnacyjne galerie, wycho­dzące od drzwi umieszczonych pośrodku obu elewacji bocznych, łączyły pałac z usytuowa­nymi po przeciwległej stronie wielkiego parad­nego dziedzińca oficynami. Stały one nie rów­nolegle, lecz ukośnie do bryły pałacu. Każda z galerii miała po 26 kolumn toskańskich, połą­czonych żeliwnymi, odlanymi w Anglii krata­mi. Pomiędzy oficynami, tworzącymi na wprost portyku pałacu duże półkole, mieściła się główna brama wjazdowa. Jej kształt ani też wygląd oficyn nie są znane.
Dokładny układ wnętrz pałacu znany jest tylko w odniesieniu do parteru. Jak wykazuje plan, kondygnacja dolna budynku miała kształt dwutraktowy, nieregularny. Różnej wielkości pokoje obu traktów oddzielały od siebie biegnące pomiędzy nimi korytarze. W trakcie frontowym środek pałacu zajmowała ogromna sień, wydłużona równolegle do por­tyku. Kazimierz Konstanty Plater określił ją krótko jako „wspaniałą”. Na lewo od sieni mieścił się westybul z jednobiegowymi scho­dami wiodącymi na reprezentacyjne piętro. Jak informuje Ochocki, najlepiej znający pałac, ca­ły parter budynku przeznaczony był na pokoje gościnne, podobnie jak oficyny, a także luźno stojące dworki.
Nad sienią usytuowany był prawdopodob­nie identycznego kształtu i rozmiarów wielki przedpokój, w którym stało 36 krzeseł pokojowców. Z sieni na wprost wchodziło się do największej i najwspanialszej sali pałacu łaburiskiego, położonej pośrodku traktu ogrodowego. Na podstawie wzmianek na jej temat, po­zostawionych przez trzy osoby, które znały ją z autopsji, warto zanotować wszystkie. Naru­szewicz określił ją jako drugą „pięknością w Polsce po królewskiej warszawskiej”. Ochocki na temat sali tej służącej jako balowa i przylegających napisał, że całe piętro mieściło „salony ogromne, osobliwie jeden dwupiętro­wy, z dziewięcią drzwiami parapetowymi, oto­czony kolumnami mozaikowymi, na których kapitelach wspierała się przepysznie ubrana w sztukaterie, dokoła idąca galeria dla muzyki i widzów”. Wreszcie od Kazimierza Kon­stantego Broel-Platera wiemy jeszcze, że cała sala miała ściany mozaikowe, kolumny zaś po­rządku jońskiego(17). Na osiach okien mieściło się tyleż zwierciadeł wprawionych w ściany. Taka sama liczba zwierciadeł pokrywała okien­nice. W dzień chowano je w murze, wieczora­mi zasłaniano nimi okna. W ten sposób sala balowa stawała się optycznie jeszcze większa, a odbite w taflach lustrzanych jarzące się ży­randole wywoływały efekty niezapomniane.
Do celów reprezentacyjnych przeznaczono całą lewą stronę pierwszego piętra pałacu. Tam więc znajdowała się również wielka sala jadalna, której jednak nikt nie opisał, oraz jesz­cze jedna, służąca jako salon. Dwukrotnie Ła­buń odwiedził król Stanisław August. Po raz pierwszy w listopadzie 1781 r. w drodze po­wrotnej z Kamieńca Podolskiego. Przy biciu z dział i moździerzy obchodzono wówczas hu­cznie rocznicę koronacji królewskiej. Drugi raz wstąpił król do Łabunia będąc przejazdem do Kaniowa na spotkanie z carycą Katarzyną II. Na tę drugą bytność monarchy polecił woje­woda kijowski urządzić jedną z sal pałacowych tak, aby całkowicie przypominała gabinet w Zamku Królewskim w Warszawie. Kazał więc Ochockiemu, pełniącemu wówczas obo­wiązki „majordomusa”, obejrzeć dokładnie pierwowzór i ustawić w ten sam sposób wszy­stkie zakupione niedawno, wzorowane na zam­kowych meble. Nieco wcześniej sala ta otrzy­mała taki sam jak warszawska wystrój architek­toniczny, z zachowaniem nawet wymiarów i barwy stiukowej mozaiki ściennej. Na jednej z jej ścian krótszych umieszczono malowidło, przedstawiające kulę ziemską z napisem u góry „Ziemia wołyńska” i wschodzącym słońcem, a na drugiej inicjały królewskie. Niestety, od­wiedzający Łabuń nie wspomnieli już o dal­szych salonach i apartamentach. Ochocki napi­sał jedynie, że cała lewa strona pałacu „z gus­tem niesłychanym i przepychem monarszym” na przyjęcie króla została odświeżona. Według niego także strona prawa, wprawdzie „nie tak wspaniale, wszakże przystojnie bardzo” odno­wiona, przeznaczona była dla najbliższej świty Stanisława Augusta.
Pałac urządzano dwukrotnie. Po raz pierw­szy równocześnie z jego wykańczaniem, po raz drugi niemal całkowicie od nowa na powtórne przyjęcie Stanisława Augusta. Zajmował się tym również Ochocki, jemu więc zawdzięcza­my i na ten temat trochę szczegółów. Otóż sprowadzone z Warszawy meble wykonane były prawie wyłącznie z mahoniu. Nie bez du­my napisał więc, że „w kraju tym, gdzie kto miał szkatułkę mahoniową, już o niej o mil dziesięć słychać było”, wydawało się to luksu­sem niebywałym. Nawet o meblach kolbuszowskich, które już wtedy uchodziły za wyjątko­wo paradne, wyraził się Ochocki z przekąsem, gdyż fornirowano je tylko dębem. Sprzęty ma­honiowe i ściany, dzień i noc w ciągu ośmiu tygodni przed przybyciem króla, adamaszkami lub atłasami w desenie obijali także ze stolicy sprowadzeni tapicerzy. Równocześnie po ca­łym gmachu kręcili się stolarze i roje innych rzemieślników. We wszystkich pomieszcze­niach „paradnych” zawieszano ogromne żyrandole. „Gdzieś spojrzał, tam mahoń i brą­zy”, stwierdził Ochocki.
Na przyjęcie królewskie sprowadzono poza tym 45 tuzinów „prześlicznej saskiej porcela­ny”, dwadzieścia tuzinów deserowych, serwis stołowy na sto osób „srebrny nowiuteńki”, ta­kież naczynia do kawy, herbaty i czekolady, cztery ogromne tace, na których stawiano dwa­dzieścia cztery pary filiżanek, sześćdziesiąt par srebrnych lichtarzy stolikowych, tafle zwier­ciadlane na stół pod nakrycie dla stu osób, za które zapłacono sześćset dukatów, ornamenty do zastawy itd. W czasie bytności króla na jed­no oświetlenie pałacu wychodziło tysiąc czte­rysta świec, nie licząc stołowych. Cała służba otrzymała paradną liberię królewską. Dyrygo­wało nią ośmiu kamerdynerów, także przyjez­dnych z Warszawy. Obiad na sto osób, dla króla, biskupa Adama Naruszewicza, gen. Jana Komarzewskiego, kasztelana Stanisława Pruszyńskiego i gen. Arnolda Byszewskiego oraz dam podano w kolumnowej sali balowej, dla pozostałej zaś świty i zaproszonych gości na sto czterdzieści osób, wyłącznie mężczyzn, w sali obok, zapewne właściwej jadalnej. Ho­nory domu pod nieobecność wojewody, które­go obowiązki zatrzymały w stolicy, pełnił Adam Bukar, sędzia ziemski żytomierski, oj­ciec pamiętnikarza Seweryna.
Wspaniałe przyjęcie wydane na cześć Sta­nisława Augusta trwało tylko dwa dni. Dwór na wielkiej stopie utrzymywał jednak Józef Stempkowski w ciągu całego roku. Przez sale pałacowe przewijali się stale coraz to inni goś­cie. Dla rozrywki ich służyła, jak pisze Ocho­cki, „wyborna, złożona z wirtuozów muzyka”. Wymienia też nazwiska trzech najwybitniej­szych członków zespołu: Zawadzkiego, Pilec­kiego i Kamińskiego. Orkiestra pałacowa przy­grywała do tańca lub dawała koncerty. W spo­sobie prowadzenia swego domu wojewoda nie­wątpliwie naśladował Szczęsnego Potockiego i sposób życia na dworze tulczyńskim.
Okazały pałac łabuński nie otrzymał praw­dopodobnie odpowiedniego otoczenia. Więk­szego parku po prostu nie zdążono założyć. Głównym urokiem tej wielkopańskiej rezy­dencji było więc poza architekturą jej na­turalne położenie na niewielkim wzgórku nad rzeką Poganką u ujścia jej do Chomoru, która tuż pod pałacem spadając w dół po skali­stych kamieniach, tworzyła szumiącą kaskadę i rozległy staw. Na tę więc kaskadę, rozlewisko rzeki i krajobraz za rzeką skierowane były okna elewacji tylnej budynku. Z okien frontowych, poza dziedzińcem i oficynami, widać było w dali porządnie wówczas zabudowane mias­teczko, kościół i klasztor oo. karmelitów oraz cerkwie.
Zadłużenie majątku, wywołane kosztami budowy pałacu i jego utrzymania, a następnie drugie, iście monarsze przyjęcie urządzone na cześć Stanisława Augusta, którego wydatki ob­liczano na przeszło milion złp., doprowadziły wojewodę do całkowitej ruiny. Pod koniec życia uciekł wprawdzie przed wierzycielami do Warszawy, ale tam prowadził równie rozrzut­ny tryb życia jak w Łabuniu. W sześć lat po śmierci Józefa Stempkowskiego, mimo prób przynajmniej częściowego uratowania majątku czynionych przez synów, klęski ostatecznej nie zdołano już odwrócić. Najpierw wierzyciele rozszarpali i rozkradli meble oraz wszystkie ruchomości, których części nie wypakowano ze skrzyń. Później ogołacano pałac ze wszystkie­go, co dało się z niego wyrwać. Około 1808 r. przejeżdżający przez Łabuń Kajetan Koźmian zastał tam już tylko „rozwaliny ogromne ob­szernych krużganków, przysionków i kom­nat”. W końcu całkowicie zdewastowany gmach, jako nie mogący już być użyteczny dla któregokolwiek z nabywców podzielonego na małe folwarki majątku, został po prostu roze­brany na cegłę. W połowie XIX w. nie było po nim nawet śladu.

źródło: Roman Aftanazy "Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej", Tom 5, Województwo wołyńskie", 1994, str. 212-218.
 

wolhynia 2004 - 2017

wolhynia@wolhynia.pl