LISTY Z WYCIECZEK PO WOŁYNIU.
przez
Tadeusza Steckiego.
 
I.
 
Parę słów o pożytku naukowych wędrówek. - Miaste­czko Kozin Tarnowskich. - Klasztor po-dominikański. - Przywileje miastu temu służące.
 
Nieraz, w ciągu częstych moich wędrowek po Wo­łyniu, w celu zbadania starożytnych zabytków i pomników tego kraju odbywanych, rozmyślałem nad tem, jaki też właściwie pożytek ogółowi przynieść mo­że praca, której z takiem zamiłowaniem od lat wielu oddawałem się? czy historya tych miast, miasteczek starych zamków, horodyszcz i w gruzach leżących kościołów i klasztorów, może mieć jakikolwiek dla ogó­łu interes? czy wzbudzą zajęcie, czy czytane będą opi­sy tych miejsc, które z taką ciekawością zwidzałem w każdej cegiełce lub muru odłamka śledząc za tętnem ubiegłego życia, dopatrując przeszłości ich, pomroką wieków pokrytej? Wśród takich rozmyślań przychodziłem zawsze do wniosku, że tego rodzaju monografie pożądanym stać się mogą materyałem dla historyi kraju; wyświecają bowiem niejeden zaginio­ny lub mało znany szczegół z przeszłości naszej, obja­śniają stosunki przodków naszych społeczne i rodzin­ne, rzucają światło na domowe ich życie, zawsze dla nas tak ciekawe i jakby mgłą jakąś tajemniczą po­kryte. Jest więc pożytek, myślałem w duchu, i ura­dowany kroczyłem dalej, zbierając coraz to nowe skar­by do podróżnej teki. Nieraz w najlichszej mieścinie, lub w starej cerkiewce, odgrzebywałem oryginalne przywileje królów naszych; nieraz uprzejmy paroch miejscowy, znaglony prośbami mojemi, ze starej skrzy­ni dostawał plik zbutwiałych papierów, w których znajdowałem ciekawe erekcye kościelne, cerkiewne, ba, nawet często niezmiernej dziś wagi dyaryusze, owe silva rerum, w których mnóstwo ciekawych szczegółów kraju i osób tyczących się znajdowałem. Grze­bałem w niemych tych świadkach ubiegłej, lepszej przeszłości naszej, robiłem notaty, wyciągi, nabywa­łem na własność co i gdzie było można, spisywałem nadpisy z pomników i grobowców, oglądałem ciekawie stare zczerniałe obrazy, zwidzałem opuszczone ruiny zamków i klasztorów, i oto temi nagromadzonemi materyałami od czasu do czasu dzielić się z wa­mi postanowiłem. Nim obszerny i ściśle opracowany mój Opis Wołynia wyjdzie na widok publiczny, dziś jako grosz wdowi przyjmijcie wrażenia z ostatniej wy­cieczki mojej w powiat dubieński, opisy dwóch starożytnych miasteczek: Kozina i Beresteczka.
Po wyjechaniu z Krzemieńca, dokoła otoczo­nego nieprzerwanem pasmem gór i sterczących skał lasem obrosłych, kraj nagle zmienia swą postać. Tu już ani jednego wzgórka nie dostrzeżesz, natomiast długa, szeroka, na kilkanaście mil dokoła ścieląca się równina przedstawia się oczom podróżnego. Gleba tu nawet różna, a w miejscu gliny, która uporczywie dotąd czepiała się za kołami pojazdu, przejeżdżasz przestrzeń kraju z początku piaszczystą, dalej zaś naj­piękniejszy wołyński czarnoziem przedstawiającą. W ta­kiej okolicy leży miasteczko Kozin, o trzy mile od Krzemieńca, od kilkuset lat w posiadaniu rodziny Tar­nowskich będące, ubogą tę mieścinę składa dziś kil­kadziesiąt nędznych, na wpół w ziemi leżących domów żydowskich i kilkanaście porządniejszych nieco na pozór dworków mieszczańskich. Przy wjeździe od Krzemieńca, na lewo nieco od gościńca, sterczą ruiny niewielkiego zameczku Tarnowskich, na kępie dokoła prawie wodą oblanej położonego. Przed laty kilkudziesięciu jeszcze zameczek ten był zamieszkały, a Sta­nisław August, jadąc do Kaniowa, gościnnie tu był przyjmowany przez kasztelana Jana Tarnowskiego ojca dzisiejszego dziedzica.
W samym środku miasteczka, wznosi się obszerny kościół i klasztor po-dominikański. Sam kościół, no­szący ślady gotyckiej, zepsutej już nieco architektury, dobrze dotąd zachowany, klasztor zaś bez dachu, z zarysowanemi mury, rychłym upadkiem grozi. W grobach pod kościołem chowano niegdyś ciała rodziny Tarnowskich, które dzisiaj wszystkie, na cmentarz wyniesiono; pozostała tylko jedyna trumna jakiegoś księ­dza, który podobno do fundacyi kościoła miał się przyczynić. Pierwszemi fundatorami tej świątyni, około r. 1640 wzniesionej, byli dwaj bracia rodzeni, Michał i Aleksander Amor Tarnowscy, synowie Stanisława Tarnowskiego kasztelana  sandomierskiego, sławnego wojownika za rządów Stefana Batorego i Zygmunta III. W tym czasie i zakonników reguły św. Dominika do Kozina sprowadzono.
Uprzejmy paroch miejscowy, oprowadziwszy mnie po kościele i klasztorze tutejszym, pokazywał kilka przechowanych u niego dotąd oryginalnych przywile­jów miasteczku nadanych. Najdawniejszym jest przy­wilej Franciszka i Kajetana Tarnowskich, własnoręcznemi podpisami i wyciskiem pieczęci ich opatrzony, dla cechu szewckiego w Kozinie wydany. Drugim jest prześlicznie dochowany dyplom Augusta III, z podpisem i pieczęcią królewską, na pergaminie pisany, oprawny w jaszczur, ze złotym wyciskiem herbu mia-sta Kozina. Przywilejem tym król ponawia prawo magdeburskie dla mieszczan tutejszych. Oprócz tych, są. jeszcze inne, mniejszej wagi dokumenta, w rozmaitych czasach miastu nadawane.
 
II.
 
Beresteczko. - Dawni właściciele tego miasta: ks. Prońscy, Leszczyńscy. - Pamiątki po nich pozostałe. - Mogiły i podaniu, o nich. - Aryanie. - Bitwa za czasów Jana Kaźmirza, legendy i tradycye o niej. - Stroje i zwyczaje mieszczan tutejszych.
 
Beresteczko leży na trakcie kupieckim z Podoła do królestwa wiodącym, nieopodal od granicy austryackiej. Styr oblewa miasto to dokoła, a czysty jak zwier­ciadło staw rozsiadł się tuż przy rzece wspaniale; na nim ogromne młyny pobudowano. Samo miasto, po większej części przez Żydów zamieszkałe, wcale schludną jednak ma postać. Domy tu prawie wszystkie murowane; szczególniej zaś piękne i okazałe są zabu­dowania dworskie i gospodarskie dzisiejszych właści­cieli. We wszystkiem znać ład i wzorowy porządek; to też i na przejeżdżającym miejsce to mile czyni wra­żenie i na długo w  pamięci pozostaje.
Beresteczko pamiętne jest sławną bitwą za Jana Kaźmirza w r. 1651 z Kozakami i Tatarami na polach tutejszych stoczoną, w której sam król wojska­mi dowodził. Szczegółowy opis tego pamiętnego w dzie­jach narodowych zwycięztwa, pozostawił nam naoczny świadek, walczący wówczas w szeregach żołnierz, póź­niejszy historyk, Kochowski. Opis ten jest najdokładniejszym ze wszystkich jakie dotąd o zwycięztwie tem mamy, do niego więc czytelników naszych odsyłamy. Zresztą w każdej, bodaj najdrobniejszej histryi dziejów naszych znaleźć go można;  unikając przeto powtarzania, przebiegniemy raczej pokrótce dzieje sa­mego miasta i historyczne, dotąd ocalałe jego zabytki. Zygmunt August wielki książę litewski, w przywi­leju po rusku 1547 r. pisanym, tak się o Beresteczku wyraża: „Gdy majętność ta, po księżnie Teodorze Bohuszównie Bohowitynowicz, dostała się jej małżonkowi Fryderykowi Hlebowiczowi księciu Prońskiemu wojewodzie kijowskiemu, pozwalamy mu w Beresteczku miasto osadzić, mieć karczmy miodowe i piwne, szyn­ki gorzałczane i winne, pobierać kapczyznę (czopowe), targowe i myta; targi odbywać się mają w poniedziałek, jarmarki zaś na św. Iii i na zapusty przed św. Filipem.”(3). Książęta  Prońscy pochodzili z rodu da­wnych książąt  kijowskich, potomków w prostej linii Włodzimirza, i byli udzielnemi książętami na Prońsku. Sprzykrzywszy sobie jarzmo tatarskie, ciążące wówczas na wszystkich książętach ruskich, przenieśli się do Polski w pierwszej połowie XV wieku. Długo trwając w wierze greckiej, przeszli później na kal­wińskie wyznanie. Ostatnim tego rodu potomkiem był syn założyciela Beresteczka, Aleksander książę Proński kasztelan trocki, starosta łucki, zmarły w Beresteczku w r. 1601. Książę ten był, jak i przodkowie jego, gorliwym obrońcą nauki Kalwina, i dawną  ka­plicę katolicką w tem mieście znajdującą się, oddał na zbór kalwinom. Był członkiem poselstwa po Henryka Walezyusza do Francyi wysłanego; później, za Stefana Batorego, ze znacznym pocztem ludzi królowi te­mu w wyprawach moskiewskich towarzyszył. Nie zostawiwszy potomstwa, dobra swe zapisał żonie, Teodorze księżnie Sanguszkównie, córce Romana Sanguszki hetmana wielkiego litewskiego, która po śmierci jego weszła w powtórne związki małżeńskie z Jędrzejem Leszczyńskim wojewodą brzesko-kujawskim i tym sposobem wniosła Beresteczko i okoliczne dobra w dom Leszczyńskich. Jedrzej Leszczyński zmarł wkrótce 1606 roku, pochowany w Beresteczku, lecz posiadłość ta długo w domu jego pozostała. Od Leszczyńskich przeszło Beresteczko do Zamojskich, następnie do Platerów, a od 1820 r. do Ożarowskich, których sukcessorowie dotąd je posiadają.
Miasto to miało swoje świetne czasy, często jednak rozmaitych klęsk slawało się ofiarą. Niszczyły je ko­lejno morowe powietrze, pożary, to znowu najazdy Tatarów i Kozaków; zupełnemu zaś zniszczeniu ule­gło po owej pamiętnej bitwie za Jana Kaźmirza. Konstytucya koronna 1653 r. Władysławowi Leszczyńskiemu podkomorzemu brześciańskiemu, wynagradza­jąc mu zniszczenie miasteczka jego dziedzicznego Beresteczka i wszystkich wsi do niego należących, przez obozy tak nieprzyjacielskie kozackie i tatarskie, jako też pospolitego ruszenia ziem koronnych, puściła do bra królewskie miasteczko Dubno, z kilką wioskami w województwie bełzkiem, na lat sześćdziesiąt, jemu i sukcessorom jego. Na początku XVII wieku Beresteczko stało się siedliskiem Aryanów, którzy w sąsiednim Łysinie mieli swój zbór główny i zamek obronny, a około 1644 roku mieszkał tu uczony Jędrzej Wiszowaty, główny intendent zborów aryańskich na Wołyniu.
Z pomiędzy starożytnych osad na Wołyniu, rzadko które miejsce zachowało tak żywo pamięć swej prze­szłości, jak Beresteczko, i rzadko gdzie tyle razem zgromadzonych pamiątek i zabytków, świadczących o minionych dziejach tego grodu, napotkać można. To też lud, patrząc, na te rozrzucone mogiły, głazy i rui­ny, dotykalne świadectwa ubiegłych dziejów, tworzy na ich tle coraz to nowe legendy, podania i pieśni, jedne od drugich poetyczniejsze. Spójrzmy i my na te pamiątki, może z nich jaki promyk historycznej prawdy wydobyć zdołamy.
Kościół katolicki w Beresteczku obszerny, ładnemi freskami wewnątrz ozdobiony, przed stu kilkudziesię­cią lały dopiero fundowany był przez rodzinę Karczewskich, którzy tu trynitarzy sprowadzili. Dawni właściciele tutejsi, książęta Prońscy, a następnie i Le­szczyńscy, trzymając się kalwińskiego wyznania, nie­wiele się zapewne o katolików troszczyli; nareszcie rozgałęzieni tu Aryanie przeszkadzać także musieli szerzeniu się katolickiej wiary; jednem słowem, oprócz malutkiej kapliczki, której już śladów dziś nie pozo­stało, nie było tu długo żadnej innej świątyni. Dzisiejszy kościół, kilkakrotnie przez pożary niszczony, przed dwoma laty zupełnie zrestaurowany, mieści w sobie cudowną statuę Pana Jezusa i relikwie św. Walentego. W dzień Zielonych Świątek bywa tu odpust doroczny, który niezliczone tłumy ludu ściąga. Trynitarze, do 1832 roku tu przebywający, utrzymy­wali przy klasztorze szkoły, które swego czasu pe­wnego rozgłosu używały; skassowała je dopiero kommissya edukacyjna, a kościół wkrótce na parafialny świeckich księży zamieniono.
Wzdłuż ponad Styrem widoczne są tu fossy wodą zalane; otaczają one całe, prawie miasteczko, za którem obszerna błoń, daleko ciągnąca się, jest właśnie miejscem gdzie pamiętną ową bitwę stoczono. Pozostały tu dotąd ślady okopów, z których położenia roz­poznać można dokładnie lokacyą, obydwóch obozów. Mnóstwo rozsianych dokoła tego miejsca mogił i kur­hanów, kryje zapewne ciała poległych na tych polach wojowników; największą ich liczbę widzieć można tuż za miastem, przy drodze do miasteczka Łobaczowki, również na polach sąsiednich wiosek Kubrowa, Wiel­kich Rybeń i Rusinowego Beresteczka.
W północno-zachodniej stronie Beresteczka, na.wzgórzach lasem porosłych, na przestrzeni kilkuset sążni, ciągnie się wał, w jednem miejsca pod kątem pro­stym zgięty, pokryty cały trawą i mchemiu. W niektórych miejscach są w nim otwory, przez które wyraź­nie sklepienie, na dwóch murowanych ścianach oparte, spostrzegać się daje. Ciekawy to szczegół, nigdzie jednakże opisanym nie był; lud nawet tamtejszy, który w pieśniach swych mnóstwo szczegółów z wypadków miejscowych wspomina, żadnego podania o wa­le tym nie zachował. Niewątpliwie musi to być zabytek z czasów aryańskich, może miejsce ich schadzek w późniejszym czasie, gdy prześladować ich za­częto. Niemniej ciekawym zabytkiem w Beresteczku jest duży słup z cegły murowany, w kształcie pira­midalnej kolumny, tuż za miastem stojący. Słup ten, kilkanaście łokci wysokości mający, musiał być obwiedziony marmurem lub głazem, widocznie bowiem jest z nich obdarty. Umieszczona na nim w górze tablica kamienna, następujący dobrze dotąd zachowany napis zawiera „Aleksander Frydrykowicz książę Proński, kasztelan trocki, zmarł roku 1601, ostatnich dni marca.” W tem miejscu książę ten pochowany został, a jak podanie miejscowe, głosiło, złożono obok niego ulubionego jego konia i psa; lecz gdy w r. 1781 Sta­nisław August zwidzał to miejsce, otworzono grób i znaleziono tylko ciało dość dobrze zachowane, w bogatym ubiorze hiszpańskim. Dziś grób ten pusty, przed kilkudziesięciu bowiem laty popioły księcia do Kijo­wa przewieziono i tam w którejś cerkwi złożono. Na kolumnie pozostał tylko podpis Stanisława Au­gusta, własną jego ręką zrobiony, i wielki wyłom w murze, przez który próżny otwór od góry do dołu widzieć można. O kilkadziesiąt kroków od kolumny tej, na wysokiej mogile, widocznie ręką ludzką usy­panej, stoi malutka kapliczka murowana, z wyobra­żeniem św. Tekli, według podania miejscowego, pod tą mogiłą mają spoczywać ciała kilku tysięcy kobiet, zamordowanych w czasie jednego z licznych najazdów tatarskich na Beresteczko. Drugą mogiłę pokazuje lud okoliczny w lesie pod wsią Dzikowinami, o kilka wiorst od Beresteczka odległą. Ma to być grób żony księciu Aleksandra Prońskiego, późnej Leszczyńskiej wojewodziny brzesko-kujawskiej. Mogiła ta, Maruchą, zwana, także widocznie jest uszkodzona; może to jednak być raczej grób siostry księcia Aleksandra, o której że imię Maryi nosiła, wspominają herbarze, jak również i o tem, że w młodym wieku w Beresteczku zmarła. To ostatnie prędzej do prawdy zdaje się być podobnem, żoną bowiem księcia była, jak wiemy, Teodora księżna Sanguszkowa, dlaczegożby więc po śmierci Maruchą przezwać miano? I na tej mogile pobożna jakaś ręka wzniosła ładnej struktury kapliczkę murowaną, z obrazem Matki Boskiej niepokalanego poczęcia. Miej­sce to, nieco wyniosłe, prześliczne i rozległe przedstawia dokoła widoki; mnóstwo wiosek i miasteczek rysuje się tu w oddali. Wdrapawszy się na sam szczyt mogiły, jakby za mgłą rozeznasz ztąd krzemieniecką Bożą Górę, o 9 mil prawie odległą; nieco bliżej bieleją mury poczajowskiego klasztoru, a na lewo wyraźniej już widać Podkamień, Brody i kilkanaście wiosek w Galicyi położonych. Wśród wsi otaczających Maruchę, wije się niewielka rzeczka, Sudyłówką zwana. Przed dwoma jeszcze wieki dzieliła ona wojewódzwo bełzkie od wołyńskiego; dziś dzieli dwa cesarstwa(5). Stanisław August, wracając z Kaniowa d. 31 maja 1787 r. zwidzał to miejsce i zachwycony był prześlicznem jego położeniem.
Wróćmy jeszcze na chwilę do miasteczka. Tam w ogrodzie dziedzińca pokażą nam stary, brzost, tak piękny i wspaniały, że mimowolnie nim zachwycić się potrzeba; sędziwy ten starzec dziś już jest takiej grubości, że zaledwie pięciu ludzi objąć go zdoła. Jest podanie, że drzewo to istniało jeszcze przed założeniem miasteczka i że od niego Beresteczkiem je nazwano; brzost bowiem w języku rusińskim nazywają berest. Czy tak jest lub nie, trudno zawyrokować; to jednak pewna, że podobnie wspaniałych drzew mało już w kraju napotkać można.
Kiedym obchodził miasteczko dokoła, a było to właśnie w dzień niedzielny, uderzył mnie niezwykły i rzadko już gdzie napotykać się dziś dający ubiór mieszczan tutejszych. Mężczyźni w kolorowych kontuszach, z wylotami i jedwabnemi pasami, kobiety również w jaskrawych zupanikach, dziwnie nasze dawne jubki i kacawejki przypominających, snuli się po ryn­ku. Strój ten, jak mi opowiadano, mieszczanie tutejsi przechowują święcie; co więcej, dumni z przywilejów, zachowują je. Kilka razy do roku odbywają z uroczystością swe posiedzenia, wybierając burmistrza, wójta i starszyznę, a wybranemu na tę godność, udnoszą ze wsponiałą processyą okutą skrzyn­kę z królewskiemi przywilejami, która w domu jego przez cały ciąg trwania władzy burmistrzowskiej przechowywać się zwykła. W każdą niedzielę i święto, przybrani w świąteczne stroje, niosą chorągwie za processyą, tak w cerkwi jak i w kościele; jednem słowem mnóstwo dawnych swych zwyczajów przechowują, pyszną się niemi i w spuściznie z ojca na syna przekazują. Coś podobnego widzieć jeszcze można w Horochowie, Boremlu i w kilku innych miasteczkach na Wołyniu.
Kiedyśmy tyle już o Beresteczku rozpisali się, nie od rzeczy może będzie wspomnieć jeszcze o dwóch szczegółach, ścisły z historyą tego miejsca związek mających. Pierwszym jest kosztowna pamiątka owej sławnej za Jana Kaźmirza bitwy, w katedrze chełmskiej przechowująca się. Kraszewski, zwidzając ten kościół, opisał ją w jednym z swych listów do Gazety Warszawskiej w r. 1852 pisanym, jego więc własne słowa przytaczam: ,,Pamiątkę bitwy pod Beresteczkiem widziałem w katedrze chełmskiej. Jest to owo srebrne, wspaniałe antypedium, wystawujące w płaskorzeźbie, trybowaną robotą, Kozaków rzucających chorągwie u stóp cudownego obrazu Najświętszej Panny, który Jan Kazimierz miał z sobą na tych polach. Zabytek ten do dziś dnia prześlicznie zachowa­ny. Warty on był rysunku i wydania w Album Wilczyńskiego, chociaż... powiedzmy szczerą prawdę, nie jest to dzieło krajowego pomysłu, ani żywo przypomina przeszłość, o której napis najwymowniej prze­mawia. Tablica ta niechybnie robioną być musiała za granicą (zdaje się w Augsburgu) i myśl podaną bardzo słabo przedstawia. Widać że nikł ze współ czesnych rysowników nie dał do niej rysunków, a dla braku materyałów złotnik-artysta zrobił tylko ja­kiś ogólnik. Niema tu ani charakterystycznych wojsk polskich, ani odcchowanych strojem i rynsztunkiem Kozaków; są jacyś okryci żelazem rycerze, hufce, cho­rągwie, ale to wszystko równie angielskie być mogło, jak polskie. Rysunek obrazu dosyć ciężki, kompozycya nie uderzająca, ale pod względem techniki wy­rób dobry i tem charakterystyczniejszy, że w nim na pierwszy rzut oka styl i robotę XVII wieku poznać łatwo.”
Przeglądając przed rokiem stary rękopis o najazdach Tatarów i Kozaków na Wołyń, wygrzebany nie pomnę już z jakiego archiwum na Wołyniu, wśród mnóstwa ciekawych i nigdzie dotąd nie wspomnianych szczegółów, natrafiłem w nim także na dokła­dny opis bitwy pod Beresteczkiem. Autor, jak wnosić należy naoczny jej świadek, tak opowiadanie swe kończy: ,,Prognostykiem zwycięztwa tego (za zdaniem wielu) była świeca w kościele lwowskim, która w oczach króla podczas Te Deum landamus, najprzód znienacka zgasła u wielkiego ołtarza, a potem około tego wiersza Te ergo quaesumq. Tuis famulis etc. sama się zapaliła. Drugi prognostyk, że przed batalią widziana była od wielu na powietrzu. N. Matka Boska z św. Michałem na chana uciekającego następują­cym, z kolubryną piorunowatą. A Matka Boska swo­im św. paludamentem koronne nasze obozy pokrywała.” Jaka śliczna myśl do legendy! Szczegół ten tem więcej na wspomnienie zasługuje, że w żadnym dotąd z tak licznych tej bitwy opisów wspomnianym nie był.
Obejrzawszy nakoniec wszystko co tylko widzenia godnem było, opuszczałem Beresteczko z jakąś nieokreśloną tęsknotą w sercu, jak zwykle kiedy rzucać nam przychodzi miejsce, gdzie myśl i serce tyle wrażeń doznały. Do tej tęsknoty jeszcze więcej usposabiało prześliczne położenie kraju przez który przejeżdżałem. Śliczna bo to zaprawdę kraina, ta okolica Beresteczka! Jaka tu obfitość coraz to rozmaitszych krajobrazów, jeden od drugiego piękniejszych! Tuż obok okiem niedościgłej równiny, spostrzegasz nagle górę wyniosłą, za nią, drugą i trzecią; dalej znowu step wieńcem gajów otoczony; dokoła mnóstwo stru­myków i rzeczułek do Styru dążących, a wszędzie niezliczona ilość historycznych pamiątek, mogił, kur­hanów, zwalisk i okopów, ponad drogą i po polach rozrzuconych...
Kiedy śledziłem okiem za ślicznym tym krajobra­zem Wołynia, przychodziło mi na myśl, jakąby to piękną powieść lub legendę z całej tej okolicy utworzyć można. Same dzieje Beresteczka już najpiękniejszych do niej obrazów dostarczyćby mogły: jego częste pożary, tatarskie najazdy, morowe powietrze; to znowu owa sławna bitwa, ze wszystkiemi swemi tradycyami, z groźną na tle jej malującą się postacią Bohdana Chmielnickiego; dalej Aryanie, książęta Prońscy, a nakoniec owa fantastyczna postać księżniczki Maryny, która widać że bardzo kochaną za życia być musiała, kiedy ją, lud ładną mogiłą po śmierci uczcił, słowem z tego wszystkiego ślicznaby się dała utworzyć całość, a tem piękniejsza, że przez nikogo dotąd nietknięta i na prawdziwych podaniach miejscowych osnuta.
 
III.
 
Wyżogródek. - Dawni właściciele tej osady. - Ślady zam­czyska i opis kościoła tutejszego.
 
Wyjechawszy w powiat krzemieniecki, jedzie się jakby długim szeregiem najpiękniejszych ogrodów, poprzerzynanych to rączo umykającemi przed oczami podróżnego strumieni mi, które gdzieś tam daleko w górach początek swój biorą i giną niedostrzeżone w zaroślach; to znowu spotyka się łańcuch gór najpiękniejszym lasem grabowym lub dębowym porosłych, któ­re zdaleka już dymią sinawym oparem gęsto ku obłokom unoszącym się, dalej sioła wśród gór rozrzu­cone, jak zalotne dziewczęta, to kryją się, to znowu w całej swej malowniczej piękności ukazują się zachwyconemu podróżnemu. Mnóstwo mogił, kopców i kurhanów po polach i przy drodze rozsianych, to zabytki dawnych tatarskich najazdów, to pamiątki krwawych wojen kozackich w tych stronach. Tu także mnóstwo starożytnych osad napotkać można: tam sta­ry, omszały wiekiem kościółek, ówdzie trójkopulna cer­kiewka z za drzew wyzierająca i zamczysko w gruzach leżące, mimowolnie naprowadzają myśl wędrowca na ubiegłe czasy, szepcą mu stare dzieje o dawnych swych mieszkańcach, o ich życiu i zwyczajach, słowem najciekawszą kronikę przed oczyma mu sta­wią. Do takich osad należy niezaprzeczenie i Wyżgródek, także Wyszogródkiem przez niektórych nazywany.
Malutka ta i uboga mieścina, o mil dwie od Wiśniowca odległa, wśród gór i parowów położona, ma­lownicze ma zewsząd widoki; brzozowe i dębowe ga­je jakby wieńcem opasują ją dokoła, a nieopodal ztamtąd przechodzi granica galicyjska. Osada ta, wielce starożytna, kolejno pozostawała w posiadaniu wielu rodzin dziś już wygasłych; cbecnemi jej dziedzicami są hr. Rzyszczewscy. Z dawnych zabytków i pamią-tek zachował się tu tylko niewielki starożytny kośció­łek murowany i szczątki zaledwie widoczne zamku. Najdawniejszemi posiadaczami Wyżgródka, jak się z dokumentów pokazuje, byli książęta Zbarażscy. Gdy w 1481 r. nastąpił dział między 4-ma synami Wasyla Korybuta Zbarażskiego, jeden z nich, imieniem Fedor, otrzymał Wyżgródek. Fedor ten, przodek dwóch książęcych domów Woronieckich i Poryckich, synowi swojemu Aleksandrowi, który pierwszy księciem Poryckim zwać się począł, oprócz zamku Porycka i in-nych obszernych dóbr na Wołyniu, wydzielił także i Wyżgródek, który odtąd przez długi czas w posiada­niu książąt Poryckich pozostawał. Ostatnia księżniczka Porycka Zofia Izabella, małżonka Krzysztofa Koniec-polskiego wojewody bełzkiego, wydając córkę Anielę Febronią za Jana Wielopolskiego kanclerza wielkie­go koronnego, przekazała jej w posagu Wyżgródek. Po bezpotomnem jej zejścia w 1661 r. odziedziczyła tą majętność Helena Zahorowska, druga córka Zofii Izabelli Koniecpolskiej, która całą fortunę książąt Poryckich na dom Zahorowskich zlała. Wojciech Czacki chorąży wołyński, pojąwszy za żonę Katarzynę Zahorowską, córkę Stefana kasztelana wołyńskiego, stał się właścicielem Wyżgródka 1694 r.; czwarta atoli część miasta z kilką wsiami, należeć poczęła prawem kupna 1721 r. do Józefa Potockiego strażnika koron­nego; resztę miasta z przyległościami dokupił 1746 r. Franciszek Salezy Potocki krajczy koronny, od Stefa­na Czackiego łowczego wołyńskiego; roku zaś 1758 tenże Potocki, naówczas wojewoda kijowski, cały majątek wyżgrodecki zamienił z Wojciechem Rzyszczewskim łowczym wołyńskim, pradziadem dzisiejszego dziedzica, za kilka wsi w ziemi czerskiej położonych. Odtąd Wyżgródek z przyległymi włościami pozostał w domu Rzyszczewskich, przechodząc kolejno najprzód na syna tegoż Wojciecha Adama kasztelana lubaczewskiego, następnie na wnuka Gabryela hr. Rzyszczewskiego generała wojsk polskich za czasów księ­stwa warszawskiego, aż ostatecznie dostał się jedne­mu z trzech jego synów, hr. Józefowi Rzyszczewskiemu, dzisiejszemu dziedzicowi, który przesiadując zwykle przez całą zimę za granicą, na lato zjeżdża z rodziną do przyległych Wyżgródkowi Żukowiec, wsi prześlicznie położonej, z pięknym ogrodem i pałacem gustownie wewnątrz urządzonym.
Kościół tutejszy, niewielki co do rozmiarów, na wysokiej górze zbudowany, bez żadnych wież i ko­puł, prześliczny jest samą swą starożytnością. Funda­torem jego, jak się z wizyt kościelnych pokazuje, miał być Wojciech Rzyszczewski; wnosząc jednak z samego stylu budowy, przypuszczać należy iż o wiele dawniejszych czasów sięga, a Wojciech Rzyszczewski musiał go tylko restaurować i odnawiać. W świątyni tej kilka ładnych zabytków i pamiątek widzieć można. A najprzód są tu wcale dobrego pędzla portrety rodziny Rzyszczewskich: Wojciecha Rzyszczewskiego, najprzód łowczego wołyńskiego, potem kasztelana buskiego, następnie lubaczewskiego, zmarłego w Wyżgródku d. 2 maja 1786 roku, i żony jego Maryanny Suskiej: dalej dwa portrety, syna jego Adama, także kasztelana lubaczewskiego, zmarłego w Uwi­nie 1808 roku i żony jego Honoraty Chołoniewskiej; nareszcie wnuka, Gabryela hr. Rzyszczewskiego generała wojsk polskich i kawalera kilku orderów, zmarłego przed kilką, laty, i żony tegoż Celestyny z książąt Czartoryskich, córki Józefa stolnika wielkiego księstwa litewskiego. W wielkim ołtarzu mieści się prześliczny obraz włoskiego pędzla, przedstawiający Zesłanie Ducha św. Ugruppowanie figur i twarze nie­których apostołów są szczególniej piękne, nietyle twarz Matki Zbawiciela. W bocznych ołtarzach niezłe także malowidła wyobrażają samych św. biskupów: św. Erazma, św. Stanisława, św. Mikołaja i jakiegoś jeszcze czwartego. Po obydwóch stronach wielkiego ołtarza, nad dwojgiem drzwi do zakrystyi wiodących, są dwa dużę freski: Trzej królowie z darami przybywający i Naświętsza Panna, gdy jej anioł Gabryel wielką nowinę zwiastuje. W zakrystyi pokazywano mi ogromny sztych na żółtym atłasie odbity, z obrazu Najświętszej Panny niegdyś w kościele połońskim znajdującego się, który to obraz ks. Ostrogski, po spaleniu się całkowitem kościoła w Połonnem, uratowawszy, prze­niósł do kościoła franciszkańskiego w Międzyrzecu ostrogskim, gdzie z wielką czcią ukoronować go ka zał. Sztych ten odbity został z polecenia franciszkanów i dedykowany Wojciechowi Rzyszczewskiemu kasztelanowi lubacz. d. 23 kwietnia 1782 r., na znak wdzięczności tego zakonu, którego kasztelan był szczególnym dobroczyńcą i dla którego klasztor i kościół w Drużkopolu wystawił. Cała ta historya i dedykacya znadują się wypisane u spodu obrazu. W ogólności kościół tutejszy, schludny i czysty wewnątrz, miłe na zwidzającym czyni wrażenie, a piękna ambona z drzewa, misternej snycerskiej roboty, wielce go także zdobi.
Mieszanie, których kilkanaście rodzin od niepa­miętnych czasów w Wyżgródku osiedlonych pozostało, przechowują dotąd oryginalne przywileje królów polskich na prawo magdeburskie i inne t. p., któremi w rozmaitych czasach, na wstawienie się właścicieli, bywali obdarzani.
 
IV.
 
Wieś Łapuszna. - Bitwa z Tatarami. - Wały i okopy. - Cerkiew stara i nowa. - Padania ludowe o nazwisku tej osady. - Wioseczka Pachinia i kilka innych do księztwa wiśniowieckiego niegdyś należących. - Wierzbowiec. - Wspomnienie o Stanisławie Mniszchu. - Czajczyńce, historya pałacyku.
 
O mil dwie od Wiśniowca, a o kilka wiorst tylko od Wyżgródka, w stronie południowej od tego miasteczka, leży wieś Łopuszna, należąca niegdyś do ks. karmelitów wiśniowieckich, którym nadaną została przez ostatniego z książąt Korybutów Wiśniowieckich. Dziś wieś ta w posiadaniu rządu zostaje. Starożytna ta osada stała sie pamiętną z powodu sławnego zwycięztwa, które książę Konstanty Ostrogski odniósł nad Tata­rami na polach tutejszych, d. 28 kwietnia 1512 Obszerna równina od strony Wyżgródka ścieląca się, jest właśnie miejscem gdzie bitwę stoczono.
Bielski w taki sposób wydarzenie to opisuje: „Przekopski car we dwudziestu i czterech tysiącach położy kosz u Wiśniowca. Lanckoroński kamieniecki starosta, obesłał panyi rycerstwo, takoż służebne, aby się k'niemu ścigali. Konstantyn z Ostroga het. lit. przyjechał też z swem wojskiem, gdzie wszystkich z naszymi było około sześciu tysięcy ludzi. Polskie wojsko sprawował  Mikołaj Kamieniecki wojewoda krakowski, hetman. Przebił się jeden huf przez Tatary aż do kosza ich, gdzie więźniowie byli, rozwiązali ich kilku, potem jeden drugiego rozwiązywał: z więźniów stali się rycerze. Tatarowie, strwożeni i spracowani już będąc, poczęli uciekać, nasi ich gonili, bijąc da­leko. Tam wtenczas odbili wiel­ką korzyść plonów wszelakich rzeczy, w dzień św. Witalisa. Więźniów samych odbito szesnaście tysięcy.”
Stryjkowski, jędrnym swym rymem opiewając tę bitwę, tak się wyraża w końcu Połopuszańskich polach, gdzie ta bitwa była. Ziemia się krwi pogańskiej tak bardzo napiła, iż długo bez nawozu zbożem role płodne Żywiły swych oraczów w one lata głodne. I dziś tam jeszcze porząc oracz ziemię pługiem, Dziwuje się kopiom pokruszonym, długim, Wyorywa sajdaki, strzały, włócznie rdzawe, Najduje i szczalbatki i jarmułki krwawe.
Rzecz dziwna, jak pamięć wielkich wypadków i zdarzeń historycznych i wszelkie o nich podania i tradycye, giną i zacierają się wśród ludu naszego, który najdrobniejsze częstokroć szczegóły z życia domowego zapamiętywać umnie. Tak też się stało i z owem sławnem zwycięztwem łopuszańskiem; napróżno, zwidzając to miejsce, badałem i rozpytywałem się sta­rych wieśniaków i plebana staruszka o jakiekolwiek szczegóły i tradycye tej bitwy: nie zgoła, lub prawie nie powiedzieć mi nie umiano. Przed dziesięcią laty, z rozkazu i kosztem rządu, stanęła w Łopuszny prze­śliczna cerkiew murowana, w najczystszym stylu bi­zantyńskim, o pięciu kopułach zbudowana, zupełnie prawie na wzór bazyliańskiego monasteru w Tryhurach pod Żytomierzem. Świątynia ta, jakkolwiek piękna co do zewnętrznej architektury i kosztowna, (rząd bowiem przeszło 200,000 złp. na nią, wyłożył) tyle jednak ma błędów budowniczych, że dziś już kilka ogromnych rysów w murze widocznych, rychły jej upadek zdaje się przepowiadać. Po ukończeniu budowy tej cerkwi, rozebrano dawną drewnianą cerkiewkę tutejszą, od 1701 roku istniejącą. Z tej cerkiewki, oprócz erekcyi, pozostało kilka jeszcze własnoręcznych przywilejów miejscowego dziedzica, księcia Michała Korybuta Wiśniowieckiego, jako to: na odgraniczenie gruntów cerkiewnych, na wolność mlewa dla parocha bez miarki i czerhy i t. p. Dokumenty te przechowują się w nowej cerkwi. Fundatorem i architektem owej starej cerkiewki, był (jak świadczy erekcya) zamożny włościanin łopuszański, Iwan Rubin, którego kamień grobowy z napisem leży dotąd na starym cmentarzu cerkiewnym, wskazując że tu wraz z rodziną) pochowany został. Łopuszna była jeszcze w tym czasie, jak twierdzi podanie miejscowe, wca­le nieznaczną osadą, raczej futorem, składającym się z kilkunastu chałup po górach rozrzuconych, w których przemieszkiwał ów Iwan Rubin, fundator cer­kwi, wraz z liczną rodziną swoją. Na tych górach było kilka uroczysk, które dotąd lud pokazuje i każde z nich po imieniu wylicza, do każdego osobną jakąś legendę przytaczając; trawa zaś na tych górach, zwłaszcza łopuch obficie tu rosnący, miał tak wielkiej wysokości dochodzić, że pobudowane tu chaty zdawały się jakby nim pokryte i ztąd to osadę tę Łopuszną przezwano. Podanie to o powstaniu nazwiska Łopuszny, jak wiele innych podań naszego ludu, skażone jest do daty przynajmniej, boć przeciec osada tutejsza i jej nazwisko wiele wcześniejszych czasów sięgają, niż epoki zbudowania cerkwi, t. j. roku 1701, kiedy w 1512 roku odbyła się tutaj owa sławna bitwa z Tatarami, a opisujący ją  współcześni kronikarze już miejsce to Łopuszną nazywają.
Przejechawszy Łopusznę, w stronie przeciwległej od Wyżgródka, ciągnie się długie pasmo gór, gęstym borem grabowym i brzozowym porosłych, daleko na północ idących. Na jednej z tych gór, wyżej od innych, pozostało kilkadziesiąt okopów, rzędem jeden za drugim usypanych. Niektóre z tych okopów znacznej są wysokości, a wszystkie doskonale dotąd zachowane. W tem miejscu, jak z pozycyi wnosić można, musiał być obóz polski rozłożony i ztąd dopiero wojsko wystąpiło na sąsiednią równinę i natarła na Tatarów od strony Zbaraża przybywających.
U samego podnóża tych gór, w najromantyczniejszem położeniu, leży malutka wioseczka Pachinia, tak-że niegdyś do Karmelitów wiśniowieckich należąca, dziś rządowa. Malownicze położenie tego miejsca, wijący się; tu strumyk, ogromne góry lasem porosłe, fantastycznie przystrojone potężnemi bryłami szarego granitu. rozrzucone nareszcie wśród skał i parowów białe chaty kilku wiosek, tuż jedna obok drugiej położonych, jako to. Łopuszny, Puchini, Kornaczówki, Szył i kilku innych jeszcze, które wszystkie w skład dawnego księztwa wiśniowieckiego wchodziły, wszystko to razem wzięte tak dziwnie i uroczo piękne, taki prześliczny tworzy krajobraz, że podobny jemu bodaj czy na całem naszem Wołyniu znaleźć można.
Wjechawszy w tę okolicę, choć już Wiśniowiec daleko za sobą porzuciliśmy, długo jednak jeszcze majątkami do tego księstwa niegdyś należącemi jechać będziemy. Jedne z nich oddawna już poprzechodziły w ręce drobniejszej szlachty, inne, ostatniie okruchy dawnej Wiśniowiecczyzny, pozostały w posiadaniu dwóch braci Mniszchów, Jerzego i Andrzeja, z których ostatni przed kilką laty schedę swoję wraz z samym Wiśniowcem sprzedał hr. Włodzimirzowi Platerowi. Ogromne sioła między górami zamknięte, z prześlicznemi stawami, z gajami wieńczącemi je dokoła, ciąną się długim szeregiem jedne za drugiemi. Otóż dojechaliśmy i do Wierzbowca, majętności Mniszcha, wsi ogromnej, ze stu kilkudziesięciu osad włościańskich złożonej. I tu jary i góry, a na jednej z nich, nadzwyczaj stromej, obszerny okop, przeszła kilkadziesiąt łokci obwodu mający, widocznie ręką ludzką usypany. Ta góra, w samym środku wsi położona, drobniutką trawką i macierzanką porosła, najeżona sterczącymi bryłami granitu, dziwnie jakoś krzemieniecką zamkową górę przypomina. Widok stąd zachwycający. W Wierzbowcu przed laty kilkudziesięcią mieszkał Stanisław Mniszech, rodzony brat Michała marszałka wielkiego koronnego, w obszernym domu, dokoła murem opasanym, z wysoką kaplicą na facyacie. Pomieszkanie to, które dotąd nienaruszone pozostało, nadzwyczaj oryginalną strukturą swoją przypomina niby dawne nasze zameczki obronne, czyli raczej jest ich parodyą. Sam też właściciel nie-mniejszym był oryginałem jak siedziba jego, a nawet w rodzinie z tego powodu ciągłą go kuratelą  otaczano. Był to sobie po prostu dziwak, stary kawaler, przesiąknięty wszystkiemi swego wieku nałogami: pił dużo, lubił płeć piękną i drwił ze wszystkich cos go otaczali. Na dworze swoim utrzymywał muzykę z kilkunastu ludzi złożoną, która codziennie podczas mszy św. grywać musiała: pomimo to wszystko bowiem był bardzo nabożnym. Za życia rodziców jeszcze przeznaczony został do stanu duchownego, a nawet tytularną kanonią przemyślskiej kapituły otrzymał: po śmierci jednak matki zrzekł się wszelkich dostojeństw duchownych i w świeckę rzucił się karyerę. Po bracie Józefie został chorążym wielkim koronnymi rotmistrzem kawaleryi narodowej, ostatecznie zaś, otrzymawszy tytuł szambelana dworu polskiego, obrany został prezesem kommissyi cywilno-wojskowej powiatu krzemienieckiego. Umarł w Wierzbowcu 1806 r., przeżywszy lat 55. Naoczni jeszcze świadkowie opowiadali mi o wesołych hulankach, jakie się tutaj za życia jego odbywały.
Zniknęły już u nas oddawna podobne typy jakim był chorąży Mniszech i wielu innych bardziej je­szcze charakterystycznych; to też chciwie chwytamy każdy szczegół z ich życia, który coraj to nowym jest obrazkiem, wiernie charakteryzującym minioną epokę, jej życie i obyczaje. Dziś wszyscy, i szlachta i panowie, zarówno do siebie podobni, wszyscy w jedną konwenansową, cywilizowaną przyoblekliśmy się formę, a wszelkiego rodzaju typy zatarły się pod nią bezpowrotnie. Nie mamy wprawdzie tak dalece prawa narzekać na ten obrót rzeczy, lecz i to pewna, że o ile moralna strona narodu zyskała na tej zamianie, o tyle charakterystyczna straciła na niej wiele.
Z Wierzbowca siedm wiorst zaledwie do Czajczyniec, wsi należącej do pp. Orłowskich. Tu biuleje już zdaleka piękny pałacyk, na małą skalę wiśniowiecki przypominający, głęboko w ogród wpuszczony. Gustowna ta siedziba i majestatyczne drzewa które ją otaczają, mimowolnie przywodzą na myśl pierwszych swych założycieli, książąt Wiśniowieckich. Ostatni tego domu potomek, książę Michał kanclerz wielki litewski, trzy razy był żonaty; ostatnia jego żona, księ­żniczka Tekla Radziwiłłówna, piękna i bogata dziedziczka, wielką, jak się, to zwykle dzieje, miała przewagę nad starym a jeszcze pełnym galanteryi małżonkiem. Razu jednego, wyjechawszy z Wiśniowca na dalszą przechadzkę, zabłądziła pomiędzy skaliste czajczynieckie jary. Zachwycona prześlicznem położeniem tego miejsca, nieznanego jej dotąd, z powrotem nie mogła go się dość nachwalić przed mężem. Książę kanclerz obojętnie jak się zdawało pochwał tych słuchał i odtąd pod rozmaitemi pozorami żonę od spacerów w tę stronę odciągał. W kilka tygodni potem nadszedł dzień św. Tekli, imieniny księżny, książę z całym dworem i solenizantką na spacer do dzikich Czaczyniec wyruszył. Okrzyk podziwienia wybiegł z ust wszystkich przytomnych, a rumieniec oblał lica solenizantki; ujrzano tam bowiem pałacyk nowy, jakby czarodziejską siłą wzniesiony, mały Wiśniowiec, gustownie i wytwornie urządzony. Było to wiązanie czułego pod siwym wąsem małżonka, dla młodej i pięknej żony. Dotąd jeszcze stoi pałacyk ten, dobrze przez dzisiejszego dziedzica utrzymywany, a radziwiłłowskie herby i cyfry na wszystkich sufitach porozrzucane, przypominają romansową historyą jego założenia.
 
V.
 
Wieś Horodyszcze pod Zasławiem; klasztor po-karmelitański i pomnik generała Zakrzewskiego. - Stara cerkiewka św. Mikołaja. - Groby Jerliczów. - Miejscowa legenda.
 
W czasie jednej z cżęstych wędrówek moich po Wołyniu, z których nigdy bez jakiegoś nabytku nie wracałem, dojechałem aż do Horodyszcz, wsi o pół mili od miasteczka Szepetówki, słynego w okolicy mineralnemi wodami, odległej. Wieś ta malowniczością położenia i kilką miejscowemi pamiątkami zwraca uwagę. Osada tutejsza, jedna z najdawniejszych w powiecie zasławskim, ze stu przeszło chat włościańskich składająca się, rozrzuconą jest wśród lasu na dwóch dość wyniosłych wzgórzach, czystym jak zwierciadło stawem i wpadającym doń strumieniem rozdzielonych. Wązka, przez sam środek wody rzucona grobla, łączy obie części wsi, z których jedna, po prawej stronie od Szepetówki leżąca, nosi nazwę właściwego Horodyszcza, drugą lud Sieliszczem (Selyszczem) nazywa.
Na początku XVII wieku wieś ta była własnością starożytnej rodziny wołyńskiej, Chomiaków, przy końcu zaś tegoż stulecia któraś Chomiakówna, wydana za Lubomirskiego, wniosła w posagu włość tę, wraz z innemi, w dom mężowski. W Horodyszczu nad samą wodą, otoczony dokoła obszernym sadem owocowym, wznosi się wspaniały kościół i klasztor niegdyś karmelitański, jedna z najpiękniejszych świątyń jakie karmelici posiadali na Wołyniu. Niezbyt dawno, za­ledwie bowiem w 1746 roku, stanęły śliczne te mu­ry, fundowane przez ks. Lubomirskich i Pogroszemskiego. Dnia 12 maja 1782 r. konsekrował kościół tutejszy Jan Chryzostom Kaczkowski biskup sufragan łucki. Zakonnicy hojnie od fundatorów uposażeni zostali, mieli bowiem nadane sobie na własność dwie duże wsie: Horodyszcze i Paszuki, oraz kapitał 102,000 złp. Żaden też z okolicznych klasztorów nie mógł wyrównać tutejszemu w zamożności: lud z odległych okolic ciągnął do Horodyszcz na odpusty, które kilka razy do roku z wielką solennością odprawiały się tutaj, a niejeden pocieszony ztąd odchodził, zaniósłszy modły do Matki Boskiej, w obrazie tutejszym licznemi cudami słynącej.
W 1832 roku, z rozporządzenia i woli rządu, karmelici klasztor opuścili, a kościół na cerkiew prawosławną obrócono, przed dwoma zaś laty w opuszczonych murach jego zamieszkały mniszki ruskie, z miasta Połonnego sprowadzone.
Jedną z najpiękniejszych osobliwości tego kościoła są prześliczne freski jego, zdobiące całe wnętrze świątyni i korytarze klasztorne: pomimo opuszczenia, ocalały one dotąd cudownym sposobem. Malarzem ich był ubogi mnich tutejszego klasztoru, imieniem Antoni, żyjący w połowie XVIII-go wieku: jego także roboty są prześliczne freski w dwóch innych klasztorach na Wołyniu: u pijarów w Lubieszowie i u trynitarzy w Beresteczku. W obszernych grobach pod kościołem horodyskim ciągnących się, spoczywają zwłoki znanego w ostatnich latach zeszłego stulecia księdza Marka, który przesiadując tu często żądał być w grobach tutejszych pochowanym; tu również złożono ciało generała Stanisława Eustachego Zakrzewskiego, dziedzica Starej-Sieniawy na Podolu, który tamże w dniu 21 lutego 1822 r. umarł, przeżywszy lat 98 i kazawszy się w Horodyszczach pogrzebać. Generał Zakrzewski, przyjaciel i towarzysz młodości księcia Zajączka, był jednym z tych rzadkich ludzi za czasów Stanisława Augusta, który cnotę i gorliwość dla kraju w najzepsutszych czasach zachować potrafili. Mianowany generał - adjutantem królewskim w r. 1767, a buńczucznym przy hetmanie koronnym w r. 1775, ostatki życia swojego spędzał w ustroni, oddany cichym cnotom domowym i dobrym uczynkom. Był fundatorem kilku okolicznych klasztorów, a szczególnym dobroczyńcą karmelitańskiego w Horodyszczach. Zdwóch córek jego starsza Anna, wydana za księcia Mateusza Radziwiłła, przeżyła ojca, młodsza zaś Róża, Gostyńskiemu zaślubiona, w młodym wieku żyć przestała. Księżna Radziwiłłowa, słynna w okolicy z bogobojności, wystawiła ojcu na dziedzińcu tutejszego kościoła kamienny pomnik, dotąd istniejący.
Nierównie starszą od wspaniałego klasztoru karmelitańskiego, jest w Horodyszczach malutka drewniana cerkiewka, po drugiej stronie wody na Seliszczu zbudowana. Na wysokiej górze, nad całą okolicą panującej, rozsiadła się zgrzybiała ta i wiekiem pochylona staruszka, staremi lipami dokoła otoczona. Dwa stare obrazy mieszczące się tutaj zasługują na uwagę: Narodzenie Chrystusa i św. Mikołaj. Ten ostatni, na drzewie malowany, nadzwyczaj musi być dawny: szkoda tylko że oczyszczaniem nieco nadpsuty i srebrną sukienką, później zapewne dodaną, całkiem prawie zakryty. Erekcyjne dokumenta tej cerkwi zaginęły, niema więc śladu kto był pierwszym jej założycielem; pozostały tyIko dawne opisy, w których wspomniano, że wzniesienie jej nastąpiło w 1563 r., że od tej pory kilka razy ją odnawiano, że biskup unicki Teodozy Rudnicki poświęcał ją w r. 1734, że nakoniec w r. 1816 ostatni raz podważoną i zrestaurowaną została. W latopiscu Joachima Jerlicza, wydanym staraniem K. Wł. Wójcickiego, jest wzmianka, że w tej cerkwi pochowane zostały ciała ojca i stryja jego. Przytaczamy ustęp ten dosłownie: „Roku 1621 dnia 18 maja, w piątek przed św. Trójcą, ojciec mój p. Olizar Jerlicz umarł, którego ciało pochowano w cerkwi horodyskiej, majętności J. P. Chomiakowa Adama o dwie mile za Zasławiem.”
W innem miejscu pisze autor: „Roku 1662 dnia 14 września, w dzień podniesienia św. krzyża, stryj mój p. Matwij Jerlicz umarł, którego także w Horodyszczu pogrzebiono, przez synowca onego p. Joachima. Na którym pogrzebie były jmć księżne Jarosławska. Ostrowska i jmć. pani wojewodzina wileńska, Chodkiewiczowa hetmanowa litewska, który starzał się w domu książąt jmć. Ostrowskich służąc i nie żenił się.”.
Pomiędzy ludem w Horodyszczach i w okolicy przechowuje się dotąd śliczne podanie, z dziejami starej tej cerkiewki splecione. Opowiadano mi, że kiedy przed trzystu laty rozpoczęto budowę jej na przeciwnej stronie rzeki, gdzie poprzednio już kiedyś cerkiew znajdować się miała, św. Mikołaj, patron tutejszy, snadz nie upodobał sobie tego miejsca, pewnej nocy bowiem ułożone już fundamenta cudownym spo­sobem przepłynęły przez wodę i ukazały się na tem miejscu, gdzie dzisiejsza cerkiew stoi. Lud z głęboką wiarą o wydarzeniu tem opowiada, wskazując nawet miejsce gdzie niegdyś była cerkiew i głęboki dół, z którego jakoby wyszły fundamenta. Jestto jedno z tych poetycznych podań naszego ludu, z którychby cały szereg najpiękniejszych legend utworzyć można, a których taka ilość nieprzebrana krąży na Wołyniu. Obejrzawszy nareszcie wszystko co tu widzenia godnem było, odjeżdżałem z Horodyszcz, rozmarzony ślicznem ich położeniem, a oglądnąwszy się jeszcze raz na bielejące z daleka mury klasztoru, mimowolnie wspomniałem jak dziwnym i sprzecznym niekiedy lo­som wszystko na świecie ulegać musi. Ta wątła drewniana cerkiewka trzy wieki nienaruszona przetrwała, a w ścianach jej dotąd rozlega się głos kapłanów, dopełnia się tajemnica św. ofiary; kiedy przeciwnie obszerne mury sąsiedniego klasztoru, stu lat nawet istnienia swego nie doczekawszy, opustoszały, a zaniedbane, rychłym grożą upadkiem.

Źródło: Tygodnik Ilustrowany nr 172 z 10.01.1863 str. 18-20; nr 174 z 24.01.1863 str. 32-35. (uwaga: w tekscie pominięto jery)

 

wolhynia 2004 - 2017

wolhynia@wolhynia.pl