KSIĄŻECE GNIAZDO

 

W głębi Wołynia, na samem pograniczu leśnych jego puszcz z pasem najżyźniejszej pszennej gleby, leżą dwie wielkopańskie po­siadłości, dwa Księstwa: Ołyckie i Klewańskie, wzajemnie z sobą graniczące. Księstwo Ołyckie dotąd jeszcze jest własnością Radziwiłłów, a nawet stanowi jedną z ich ordynacyi, gdy sąsiednie Klewańskie, do niedawna jeszcze było kilkuwiekową siedzibą ks. Czar­toryskich, gniazdem ich ojczystem, kolebką, od której pisali się na­wet książętami na Klewaniu i Żukowie, a to dla odróżnienia od drugiej gałęzi tegoż domu, która wziąwszy w spadku po książętach Koreckich, Korzec, także na Wołyniu położony, książętami na Korcu przezywać się poczęła. Gałąź ta Korecka wygasła na początku bie­żącego stulecia na Józefie Stolniku W. litewskim, pozostali zaś do­tąd Czartoryscy na Klewaniu i Żukowie, są jedyni wśród nas dotąd żyjący i z tych pochodził Adam, wielki ów filar naro­dowy, który blask swój roztoczył i na dziś żyjących potomków i pokrewnych tego imienia. Przed kilku laty książęta Czartoryscy Klewańsczyznę, tę odwieczną kolebkę rodu swego, sprzedać byli zmuszeni rosyjskiej Izbie dóbr Państwa. I spełnił się fakt, który mrowiem przeniknął najobojętniejsze nawet w kraju serca, a którego pobudek badać nie śmiemy, snać wielkie być musiały, ani o obo­jętność bowiem dla kraju, a tem bardziej o kosmopolityzm w rze­czach swojskości dotyczących, żyjących członków tej dostojnej ro­dziny pomawiać nie mamy prawa; rzucając przeto zasłonę na fakt ten smutny, raczej dla pamięci młodszych pokoleń, zamierzyliśmy przypomnieć dzieje starożytnego gródka, który tyle pokoleń, tak ty kraju zasłużonej wypiastował rodziny.

Ślicznyż bo to ten Klewań. Znaliśmy go z lat dziecinnych: za­mek jego potężny uśmiechał się do nas, jakby upostaciowana z le­pszych czasów legenda, którą powtarzały do kola i starożytny ko­ściół katolicki i jeszcze starsze od niego cerkwie greckiego obrządku, a w ich podziemnych sklepach, dochowane w metalicznych tru­mnach i w starożytniejszych jeszcze dębowych wyżłobionych klocach, prochy pierwszych z rodu Czartoryskich. Dziś wszystko to zam­knięte, dla obcego oka niedostępne, ba, nawet starożytna fara pustką i opuszczeniem trąci, a w zamkowych salach, nagich, z ozdób ogo­łoconych, moskiewska jakaś mieści się szkółka. Wszystko to jakby mówić chciało pulvis est et in pulverem reverteris...
W Klewaniu przechowywało się archiwum rodowe książąt — liczne i we wzorowym utrzymywane porządku, do którego, nie bez trudności, wstęp jednakże miałem dozwolony przez pełnomocnego dóbr. W następstwie, kiedy dobra te sprzedane zostały, nie wiem jakiemu losowi uległ zbiór ten szacowny, a zawierał istne skarby dziejowe w pergaminach, a więc nadania i przywileje monarchów i wielkich książąt litewskich, pierwszym przodkom tego domu udzie­lone, nadania miast i majętności, sprawy procesowe graniczne i t. p. O ile więc czas i okoliczności na to pozwalały, robiłem wy­ciągi, notatki, dopełniane następnie drukowanemi źródłami z kronik i z nich to utworzyła się praca niniejsza, którą czytelnikom naszym przedstawiamy, a która służyć może za materyał do charakterystyki wielkopańskiej, tak dobrze krajowi zasłużonej rodziny i jej gniazdo­wego fundum.
Początkowe dzieje Klewania, równie jak i innych gródków i zamieszkałych osad na Rusi, niedokładnie lub zgoła zbadać się nie dają, gina w pomroce dziejowej; jednakże w XIV. już wieku prze­jaśniać się nieco zaczyna, to też i tutaj widzimy, że ta część góry, na której i teraz murowana cerkiew stoi, na fundamentach dawniejszych założona, i to miejsce, gdzie zamek się wznosi, z częścią miasta Horodyszczem zwaną, już w owym czasie było miejscem obronnem, zamykającem w sobie starożytną cerkiew i zborzyszcze, terrytoryum obronne, pod ogólną nazwą Klewania znane, a sta­nowiące w tym czasie posiadłość udzielnych książąt peresopnickich.
Kiedy Gedymin W. ks. litewski mocą oręża zagarnął pod swe władztwo część Rusi, wówczas i Klewań wraz z calem księstwem Peresopnickiem, przeszedł na jego własność i stanowić począł odtąd dobra dziedziczne panującej litewskiej dynastyi. Z tych Świdrygiełło W. ks. litewski „za zgodą wierney swey rady, za znamienite usługi i niechybioną nigdy wierność” księciu Michalowi Bazylewiczowi, niektóre wsie i dworzyska na Wołyniu leżące, daje i darowywuje.
Tu właśnie doszliśmy do owej pięty Achilesowej w ro­dowodzie domu, który historyczną swą działalnością, tyle się nastę­pnie odznaczył, a którą śladami uczonego badacza naszych dziejów Kaźmierza Stadnickiego, tylu innych po swojemu kommentować i rozwiązać usiłowało. Kto był ów ojciec Michała, pierwszem nada­niem Klewania obdarzonego, czy ziemianinem bez znaczenia, czy też potomkiem Gedyminowym, owym dziejowym Korygiełlą? Nie przeczę, źe kwestya ta ma wszelkie pozory doniosłości historycznej i z tych zapewne pobudek, tak skwapliwie przez współczesnych dziejopisów podjętą została, lecz z drugiej strony, pojąć nie mo­żemy, dlaczegoby tak drażliwą być miała dla rodziny, która w na­stępnych wiekach, tyle sław zaprawdę już historycznych wydała, a bądź co bądź starożytnością swego pochodzenia, mało równych sobie w dziejach narodowych posiada. Pomijając więc te subtelności pomroką dziejową pokryte i pozostawiając ostateczne tychże rozwi­kłanie heraldykom, utartą już drogą dalej kroczyć będziemy.
Owoż, przywilej powyższy Świdrygiełły, nadający mitycznemu księciu Michałowi Bazylewiczowi część Klewańszczyzny na własność, datowany jest w Łucku 29 grudnia 1448 r. i wyraża między innemi: że majątek ten, leży w Łuckim powiecie w Żukowie i składają go wsie Ołyszów nad rzeką Stubłem, Derewiane na Rudce, Alisowy nad Stubłem, Suchowcy dworzysko, wierzch Radochówki, Harukowiec na rzece Połonnej, a takoż i Monaster św. Mikołaja na Klewaniu nad Stubłem z cerkiewnem zborzyszczem.
Klewań więc, jak przynależytość włości Żukowskiej, wspo­mina się najwyraźniej już pod rokiem 1448, lecz prócz monasteru żadnej zresztą osiadłości przy nim nie było; jak więc się osiedlał, jakie przechodził następnie koleje, od tej daty opowieść naszą rozpocząć dopiero możemy; widzimy zaś, że majętność ta od po­łowy XV. stulecia, do ostatnich czasów, nieprzerwaną stanowiła własność domu Czartoryskich, których też imiona i zasługi, dla uzupełnienia narracyi, potrącić nam wypadnie.
Owoż wedle utartej tradycyi, której dopiero Stadnicki i cały rząd nowoczesnych pisarzy historycznych zaprzeczyć usiłowali, przy rozdziale ziem między synami Olgierda, Korygiełło, w chrześcijaństwie Bazylim-Konstantym zwany, między innemi dzielnicami, wy­dzielony miał dla siebie Czartorysk, od którego sam i potomkowie jego zwać się poczęli Czartoryskimi i pieczętować się Pogonią, herbem od dawna w familii używanym, a przywilejem od Włady­sława III. potwierdzony.
Korygiełło-Bazyli, w r. 1390 zabity przy obronie zamku Krzy­wego Wileńskiego i pochowany w katedrze wileńskiej, miał tedy według wersyi familijnej zostawić trzech synów: Jana zmarłego bez­potomnie, Aleksandra namiestnika Pskowa, którego córka Zofia była za Teodorem książęciem Bielskim, i nareszcie Michała, domniemanego przodka Czartoryskich. Michał ów, najmłodszy z trzech braci, ulu­bieniec Władysława III, otrzymuje od niego w darze Nowice w Ha­liczu, gdzie już miał osiąść, kiedy wypadki z braćmi jego zaszłe na Litwie, powołały go do Ojczyzny. Tu, za przychylność jakoby dla Świdrygiełły, otrzymuje od niego, jak widzieliśmy, nadanie no­wych dóbr w 1448 r., między któremi był i nasz Klewań. Oto podstawa rodu, odtąd już ubitemi idziemy ścieżkami, którym nie przeczą dzieje, a których ślady wraz z filiacyą rodu, pozostały w archiwach familijnych domu i w dziejach ojczystych.
Pierwszym więc z rodu Czartoryskich, ów Michał, pisać się zaczął na Klewaniu, ale nigdy na Żukowie. Klewań bowiem skła­dający się z jednego li tylko Monasteru, wchodził tylko w obręb rozleglej włości żukowskiej. Sam zaś ów Żuków w owe czasy był jeszcze własnością Wielkoksiążęcą i jeszcze w 1516 r. 20 listopada przywilejem swym Zygmunt I. nadaje resztę tejże majętności żu­kowskiej, składającą się z osad: Żukowa, Bielowa, Nowego Stawu i Humiennik. Bohuszowi Bohowitynowiczowi na własność, pozwa­lając osadzić miasto i zbudować zamek w Żukowie. Nie był więc jeszcze ów Żuków, nawet daleko później własnością Czartoryskich i dopiero jak zobaczymy niżej, od 1701 roku posiadłość tę do ty­tułu dołączać zaczęli.
Michał starosta bracławski, pierwszy dziedzic Klewania, pro­toplasta Czartoryskich, ten sam, który niesforny oddział ochotników Rusinów, dążący do twierdzy Kafty, wyciął w pień pod Bracławiem w 1463 roku, - w nowem swem nadaniu w Klewaniu, nieopodal od monasteru, na miejscu, które zwało się Horodyszczem, a w owe czasy połączone było jeszcze i z tą częścią miasta, która i dziś to miano nosi, rozpoczął budować zamek, oddzielił ziemię zamkową od cerkiewnej głęboką fossą, sprowadził w nią wodę od Stubla, tuż obok płynącą, i w około zamek oblał - tak, że jedyny dostęp do tegoż, był tylko od cerkwi św. Mikołaja, przez most zwodzony. Michał nie dokoń­czywszy budowli zamku, zmarł około 1480 roku, zostawiając żonę Zofię Niemierzankę, która miała w dożywociu od męża Klewań a kollacyę sąsiedniego monasteru peresopnickiego od W. ks. Ale­ksandra. Po śmierci zaś jej około 1498 r , wszystko to objął na siebie syn ich Teodor. Ten był starostą łuckim i prowadził dalej murowanie zamku, lecz kiedy to było już prawie na ukończeniu, kiedy obydwie strzelnice narożne już były zbudowane, a z prze­ciwnej strony już i mieszkańcy osiedlać się poczęli - wtedy dopiero pozwał go Radziwił z sąsiednej Ołyki, okazując przywileje, że to Horodyszcze, na którem buduje się zamek i ta ziemia, na której siedlą się mieszkance, jest od dawna jemu nadana i że to wszystko należy do jego włości Smorzewskiej i Michorszczyzny. Dowody Ra­dziwiłła były jasne, dokumentami poparte i rzeczywiście nadanie Świdrygiełły zapewniało tylko księciu Michałowi monaster św. Mi­kołaja na Klewaniu stojący, to jest uroczysko, na którem był zbu­dowany i miano to nosił, a pod nazwą którego Czartoryski i przyległe horodyszcze i ziemię nieopodal leżącą mieć rozumiał - a która właściwie należała z dawnego nadania do iego sąsiada Radziwiłła. Nie mogąc tedy dla sporu kończyć budowy zamku w Klewaniu, zaczął Teodor budować drugi w sąsiednim nowonabytym Bielowie, który przezwał Biełhorodem i wyrobił przywilej u króla Zygmunta na założenie obok niego miasta i na zaprowadzenie jarmarku. Na projektach jednak się skończyło, wkrótce bowiem umarł, zostawiając dwóch synów: Aleksandra i Jana, oraz dwie córki zamężne: Annę za Bazylim Czyżem koniuszym litews., i Anastazyę za Piotrem Bohda­nowiczem Chreptowiczem.
W roku 1547 d. 19 czerwca, nastąpił dział między Aleksandrem i Janem, synami Teodora, mocą którego starszemu Aleksan­drowi dostał się zamek Czartorysk i Litowież z przynależytościami, Janowi zaś Klewań, zamek i miasto Biełhorod, dwór Szeple, ma­jątki: Sarny, Chołopy i folwark Charuków w Łucku, ze wszystkiemi do niego przynależytościami.
Ten więc dopiero Jan, syn Teodora, Czartoryski, - który był posłem z Litwy na sejm do układania paktów Unii z Litwą, - pra­gnąc nareszcie ukończyć długie procesa z Radzwiłłami, zgłosił się do Mikołaja, proponując mu zamianę wzwyż pomienionego Smorżewa i Michorszczyzny, obejmujące zarazem i zakwestyonowane Horo­dyszcze, na którem była rozpoczęta budowa zamku klewańskiego, na inną majętność, a mianowicie na Silno, leżące bliżej Ołyki, a które mu się w wianie dostało od żony Anny Kuźmianki księżniczki Zasławskiej. Kanclerz dla miłości braterskiej, jak się wyraża w swym dokumencie, przystał na proponowaną zamianę, do której Czarto­ryski dodał jeszcze brzeg klewański nad rzeczką Ołyką leżący i tysiąc złotych polskich. Dokumentem zaś swym 5 stycznia 1555 r. wydanym, zapewnia Radziwiłł spokojne posiadanie zamku przeciwni­kowi, wyrażając się między innemi: „A k’ tomu, kotoroje prawo i Łysty w sebe majem na toie horodyszcze, hde Zamek Klewański zbudowany i hde mesto poselilo sia - tehdy my toho prawa naszoho Jch sim Łystom naszym kasujem a kniaziu Jwanu ku pomoczy y potomkom Jeho miłosti, na wecznyi czasy prywłaszczaiem. A chotiaby kotory Łyst na Klewań u nas dla naszych Imeney inszych hołowneyszych potrebny został, tehdy predsia takowoie prawo nasze na Klewań w niwecz oboroczaiem. Nechay kniaź Jwan, żona, deti y Jch milosti potomki. prawom swoim, y ot nas iemu zapysanym, Klewań zamek y mesto wże w spokoynym derżaniu ieho budet, a my sami, dety i potomki naszy do Klewania wże niczoho meti y w to sia wstupowati nemaiem weczno”. Tak więc dzięki wyrozumiałości Radziwiłła, spór ten załatwiony został w sposób dla obydwóch stron zadawalniający, a Czartoryscy gniazdo swe odtąd w spokoju posiedli. To też zaraz już w 1561 r. zamek klewański zupełnie ukończony został i po waśnieni sąsiedzi przystąpili do osta­tecznego rozgraniczenia dóbr swych Klewańskich i Ołyckich. Pun­ktem granicznym między ich dobrami stało się Uroczysko, do­tychczas Babie zwane.
Zamek Klewański, jedyna może tego rodzaju budowa na Wo­łyniu nie przerabiana w późniejszych czasach, w pierwowzorze swoim mniej więcej tak się przedstawia. Stoi na wysokiej górze, zewsząd wodą oblanej, zabudowany w czworobok, z dwiema basztami prawie trójkątnemi na dwóch przeciwległych stronach, północnej i południowej, a w nich umieszczone strzelnice; dziedziniec mający 80 łokci kwadratowych, obwiedziony wysokim murem pięciołokciowej grubości; przy murze tym ciągną się mieszkania z oknami na dziedziniec, w których niegdyś mieścić się musiała za­łoga zamkowa i służba; górna cześć mieszkań takie strzelnicami na­jeżona; przy baszcie północnej, od strony zwodzonego mostu, po­została dotychczas podwójna brama, na dziedziniec zamkowy pro­wadząca - dalej od zachodu przy ścianie głównej było właściwe mieszkanie książęce, od bramy do baszty południowej ciągnące się, z charakterystycznemi oknami w ołów oprawnemi, a pod niem skle­pione lochy, do dziś dnia wszystkie w całości dochowane, z któ­rych część zapewne więzienia pomieszczać musiała. Dziwnym tra­fem zamek ten w Klewaniu, położeniem i budową swą przypomina o wiele wprawdzie większe zamczysko łuckie, a okalające go nawet błonia Stubła mało co malowniczemu Styrowi ustąpią. Znać tu na wszystkiem wielkopańską, z odległych wieków, książęcą siedzibę. To też w dawnych kronikach klewańskich nie ma śladu, aby Tatarzy i różnego rodzaju hajdamacy, tak często te strony nawiedzający, zdobyć kiedykolwiek mieli zamczysko tutejsze. Po opisie zamku do przerwanej kroniki wracamy. Owoż książę Jan Czartoryski, o któ­rym wyżej była mowa, umarł około 1572 roku, zostawiając z księ­żniczki zasławskiej dwie córki: Helenę za Ostatim Hornostajem i Katarzynę za Bazyli m Zahorowskim kasztel. bracławskim; synów zaś także dwóch: Jana i Jerzego. Lecz czy żon miał dwie, Annę a później Eudoksię, czy też Anna owdowiawszy, przywdziała szaty zakonne i Eudoksii imię przybrała, dociec tego trudno. Oryginalne dokumenta klewańskie, najwyraźniej wspominają o jednej tylko żonie Annie księżniczce zasławskiej. Tymczasem, w starożytnej cerkiewce zamkowej, widzieliśmy starą księgę Ewangelii, w której obok tytu­łowej karty, mieści się zapis uczyniony ruskim zwyczajem dla pa­rochów klewańskich pod d. 8 stycznia 1572 r. przez księżnę Eudoksię i jej dwóch synów Jana i Jerzego. Jest to rodzaj erekcyi, z której parę ciekawszych szczegółów wyjmujemy, jako to: że miasto Klewań opasane było w tym czasie walem, którego wschodnia brama była w tem miejscu, gdzie dzisiejszy szpital pomieszcza się, dalej, że do cerkwi zamkowej należały okoliczne parafie: Derewiane, Mo­czułki, Oleszwa Euda i Krasne, oraz że ten zapis uczyniony został dla tego, że poprzednie nadania Czartoryskich dla cerkwi klewańskiej w pożarze tego miasta zginęły.
Jan, starszy syn Jana Teodorowicza, w okazyi z Moskwą pod Pskowem dal męstwa swego dowody; poślubił zaś Ewę Barkołobównę Korsakównę, z którą męskiego potomstwa nie miał. tylko córkę Aleksandrę, zamężną za Mikołajem Jełowickim.
Jerzy, młodszy syn Jana, był postacią w rodzie już więcej wydatną, dziejową. On pierwszy z rodu Czartoryskich zmienił ruski obrządek na rzymsko-katolicki, w czem go już następnie po­tomkowie jego wszyscy naśladowali. I nie dziw, początkowe bowiem wychowanie pobierał u Jezuitów w Wilnie i stale już potem to zgromadzenie opieką swoją otaczał. Monaster czerńców peresopnickich, tę spuściznę rodową imienia, oddaje w 1595 r. siostrze swej fanatyczce rusince Helenie Hornostajowej, sam zaś wzbogaca domy Jezuitów w Winnicy i w Łucku, gdzie dwór swój i place na za­kładające się kolegium ofiarował, wznosi nareszcie pierwszą świąty­nię katolicką w Klewaniu około 1590 r. pod wezwaniem Wniebo­wzięcia N. Panny, św. Stanisława biskupa, patrona swego św. Je­rzego i św. Anny.
W kilka lat potem kościół tutejszy otrzymuje od swego zało­życiela erekcyę, która go hojnie uposarza. Między innemi dobro­dziejstwami nadaje mu na własność wieś Nowystaw nad Stubłem. Postanawia także erekcya, aby pleban utrzymywał zawsze do po­mocy dwóch wikaryuszów, rektora szkoły, kantora i zakrystyana, Prezentę ma podawać sam książę lub jego następcy, dopóki wiernie trzymać się będą religii rzymsko-katolickiej; gdyby zaś zostać mieli schyzmatykami lub heretykami, w takim razie biskup łucki ma sam naznaczać plebana. Jeśliby zaś kościół ten spalił się, lub z innych powodów uległ zniszczeniu, to zamek bierze na siebie obo­wiązek wybudowania nowego, lecz zarazem zastrzega, że będzie mógł pierwiastkowy fundusz onego, wedle swej woli odmienić. Z tejże erekcyi widzimy, że przy kościele był osobny dom szkolny a przy nim mieszkanie bakałarza, sposobiącego uczniów do śpiewu kościelnego.
Xiąże Jerzy był starostą łuckim i za żonę pojął Aleksandrę, córkę Andrzeja księcia Wiśniowieckiego, wojewody Wołyńskiego; z nią miał dwóch synów: Jędrzeja, który w stanie duchownym jako bernardyn był znany pod imieniem Adryana, i Mikołaja Je­rzego, który rządy po nim objął w Klewaniu, a także dwie córki: Annę za Aleksandrem Krynickim i Halszkę za Stanisławem z Dą­browicy Firlejem. Sam książę żył jeszcze około 1616 r.
Mikołaj-Jerzy, właściwie pierwszy z rodu podniósł dopiero lustr imienia, przydał mu historycznego blasku. Ożeniony był z Izabellą księżniczką Korecką, córką Joachima i Anny z Chodkiewiczów; ona dopiero wniosła w dom mężowski królewskie swe wiano t. j. pań­stwo Koreckie,. Odtąd rozpoczyna się ów szereg dygnitarzy w domie Czartoryskich, którzy pożyteczną swą działalnością w kraju imię swoje wsławili w ojczyźnie, ku czemu i rozrost fortuny nie mało także się przyczynił. To też i książe Mikołaj upatrując w tem wy­raźne „błogosławieństwo Boże”, pomnąc nareszcie na przedśmiertne zlecenie ojca, rozpoczął swą działalność od wymurowania kościoła w Klewaniu, na miejscu drewnianej świątyni, wystawionej staraniem rodzica. Stanął więc ten przybytek Pański, okazały, jakim go wi­dzimy dotąd, a i uposażenie jego udwoił niemal pobożny fundator, powiększywszy dziesięciny z łanów dworskich i dodając do pier­wiastkowej fundacyi sto kop zboża z łanów nowo nabytego Żu­kowa i tyleż z folwarku Hruszwicy. Nadto wyrobił książę Mikołaj przywilej u króla, mocą którego Zygmunt III. uznał za nieprawną i przeciwną chwale Bożej i postanowieniom swych Antecessorów sprzedaż monasteru peresopnickiego Hornostajowej, a przez nią czerńcom ruskim, i rozkazuje, aby tenże przywrócony został rodzinie Czartoryskich, stosując się jednakże do woli Mikołaja, dozwala mu na wieczne czasy przyłączyć starożytny ten monaster do Mansionaryi klewańskiej, z tym jednakże warunkiem, aby kościół klewański odprawiał wiecznymi czasy Mszę św., w pierwszych dniach każdego miesiąca za niego i za następców jego królów polskich.
Mikołaj znacznie podniósł rodzinny swój Klewań, postawił go w rzędzie najzamożniejszych gródków wołyńskich, otoczył ojcowską niemal opieką, uczynił go stałą swą rezydencyą, a chcąc wszystko w nim do należytego przyprowadzić porządku, znowu się posta­rał, wezwawszy do tego swych przyjaciół, o nowe rozgraniczenie tych dóbr swoich z sąsiednią Ołyką, co też i stwierdzone zostało nowym dokumentem z d. 20 listopada 1637 r. W tymże roku odbyło się solenne poświęcenie tutejszego kościoła, na które przybył ks. Stanisław Łoza, biskup argiwski, sufragan łucki, i ściągnęło się z kilku okolicznych prowincyi obywatelstwo. Wyszukiwał też Mikołaj powodu do rozmaitych festynów i uroczystości dla ściągania ludzi do swojego Klewania, który też roił się zawsze od przybyszów z różnych stron świata, przybywających dla uświetnienia orszaku hojnego magnata. I tak pod koniec października 1642 r. z wielką i uroczystą okaza­łością odbyło się tu przeniesienie ciała św. Bonifacego z kaplicy zamkowej do kościoła, A relikwie te syn księcia Floryan, już kapłan wielce uczony i nabożny, przywiózł był sam z Rzymu, do­znawszy przy zdobyciu tych świętych szczątków cale dziwnej przy­gody, o której wspomina ze zwykłym sobie humoryzmem pobożny kanclerz Ołycki. Otóż o te pobożne szczątki spierali się w Rzymie dwaj książęta cudzoziemscy, którzy zarówno posiąść je pragnęli. Co widząc Magister Palatii, aby obu ich pogodzić, darował je trze­ciemu, obecnemu tam wówczas Czartoryskiemu, który też umknął z nimi co prędzej do Polski i do Klewania je przywiózł. Nie­długo jednak cieszył się wołyński nasz gródek powodzeniem swem i wzrostem, popieranym przez dobroczynnego magnata. Nastały ciężkie czasy, dni smutku i niedoli dla ziem ruskich w ogóle, a nie uniknął ich i nasz Klewań. Już w r. 1648 ukazały się liczne ukra­ińskie pułki, podążające do Lucka; te nawiedzały i Klewań, a roz­bestwione chłopstwo z różnych stron kraju płynęło za nimi, siejąc mord i pożogę w swym pochodzie. W kłębach dymu stanął wówczas kraj cały, a w wściekłości nic nie uszanowano, czerń ta nic nie oszczędzała, aż do cerkwi swych współwyznawców - i te stanęły w płomieniu, a szeroką ich łuną znaczyło żołdactwo krwawy swój pochód. Z Klewania, jak kościotrup, ocalało tylko książęce zam­czysko; strwożony lud z miasteczka i z okolicznych wiosek roz­pierzchnął się, tułał się po lasach. Na domiar, w dwóch latach na­stępnych, ukazała się kolejno niezliczona moc szarańczy i doszczętnie zniszczyła plony, których i tak już zbierać nie było komu, głód więc, a za nim rozliczne choroby, nawiedziły tę bogatą niegdyś krainę. Różnorodne te klęski napływały po kolei, znacząc długie a smutne panowanie Jana Kazimierza. Zaledwie biedny ten lud podążał ochłonąć po jednej z tych klęsk, gdy już następowała druga, stokroć groźniejsza. Koniec roku 1653 dla Klewania, jak równie dla całej okolicy, zwiastował się niemniej groźnie. Już na początku grudnia napłynęli tu Tatarzy, którzy w około zagony swe rozesłali i w zaledwie dźwigającej się po dawnych klęskach mieścinie, groźne swe czambuły rozpuścili. Po kilkodniowej tu gościnie, miasteczko przedstawiało kupę zgliszcza - i znowu ostały się tu tylko domy Boże i nadwerężone zamczysko - lud rozbiegł się po sąsiednich puszczach, lub uprowadzony został w jassyr.
Wtedy to Jan Kazimierz, zważając na ogólną kraju niedolę, ściągnął oczy i na Klewań, a pomny na zasługi dziedzica, którego już był wówczas mianował kasztelanem wołyńskim, chcąc nareszcie ściągnąć i rozbiegłą ludność klewańską, udarował to miasto pra­wem Magdeburskiem w r. 1654, według statutów którego „krom apelacyi do pana swego dziedzicznego, mieszczanie i przed nikim innym, tylko przed wójtem, burmistrzem, rajcami i ławnikami swoimi przysięgłymi, zwykłym sposobem sprawować się mają. Na który to urząd miejski, radziecki, lentwójtowski i ławniczy, nazajutrz po nowem lecie ruskiem, t. j. po św. Wasylu, pospólstwo wszystkich trzech rajców prawa świadomych wybierać ma, jak równie lentwójta i ławników sześciu; burmistrza zaś i wójta sam dziedzic naznaczać ma”. Tymże przywilejem król także ustanawia dwa jarmarki tygo­dniowe, jeden na Trzech Króli ruskich, a drugi na Wniebowzięcie N M. Panny. Targi zaś dwa w tydzień, jak i dotąd bywały, pierwszy w poniedziałek, a drugi w piątek. Żydzi, którzyby mie­szkali w Klewaniu, urzędowi miejskiemu i jego juryzdykcyi, we wszystkiem posłuszni być powinni i równie z innymi mieszczanami podatki miejskie mają ponosić. Mieszczanie mieć powinni ratusz dla porządku, a pod nim sklepy. Przytem nadaje król za patrona i herb miastu św. Michała Archanioła, którym w urzędowych pi­smach pieczętować się mają. A jeśliby rzemieślników wielka ilość tam była, tedy im dozwala się Annały cechowe spisać; te zatwierdzone przez burmistrza i rajców, powinny być podane do konfirmacyi Jego Kr. Mości; dalej wyraża ten przywilej: „Dalszych, czego nie daj Boże, buntów kozackich strzedz się, a Nam i Rzeczpospolitej, także i Panu swemu dziedzicznemu cale wiary i posłuszeństwa dotrzymać będą powinni, a to pod straceniem praw i wolności swych od Nas sobie teraz nadanych…”.
Pomimo tych nadań królewskich i gorliwości osobistej księcia Mikołaja, ulubiony jego Klewań, z którego nie wydalał się prawie, bardzo słabo tylko dźwigał się z upadku, a dawnej swej świetności nie odzyskał już nigdy podobno. Ludność strwożona wracała do swych siedlisk powoli, prawie pojedyńczo - wciąż oglądając się, ażali znowu najezdnik na jej mienie nie targnie się. Budowała się też nieznacznie, choć książę dziedzic nic nie szczędził, aby gniazdo swe do dawnego przywrócić porządku. I tak zbudował nowy okazały ratusz, ustanowił nowe cechy: tkacki i piekarski, zamek swój nad­werężony dźwignął i uzbroił, a pod dowództwem sławnego swego puszkarza Kosterowskiego, jak mógł, oganiał się najezdniczym ku­pom, które wciąż jeszcze kraj plądrowały. Słynęły też na daleką okolicę, stajnia jego w Grabowie, obora w Ołyszowie, po oko­licznych folwarkach. …, a jednak nie plotło się już jakoś życie mieszkańcom Klewania, a pamięć przebytych klęsk łzy mieszkań­com wyciskała. Umarł nareszcie stary książę 12 lipca 1661 roku - w swoim rodzinnym Klewaniu; w podkościelnym grobie złożono jego zwłoki, gdzie i dotąd pozostają. Za życia piastował urzędy wojewody podolskiego, a potem wołyńskiego. O ośm lat całych przeżyła go żona, ostatnia księżniczka Korecka, która się także do­brze Klewaniowi zasłużyła, kiedy pamięć jej tkwi dotąd w uściech miejscowego ludu. Ona to była fundatorką kaplicy na zamku tutejszym, w której mieścił się cudowny obraz Matki Boskiej, następnie do miejscowego kościoła przeniesiony. Zostawili księstwo trzech sy­nów: Floryana-Kazimierza, owego pobożnego rzymskiego pątnika, o którym już wyżej wspomnieliśmy, a który umarł prymasem Kró­lestwa polskiego, następnie Jana-Karola i Michała-Jerzego, o któ­rych niżej powiemy, i córkę Annę wydaną za Jana Tarłę wojewodę sandomierskiego.
Młodzi dziedzice nie robili między sobą działu familijnego, ale zajęci już więcej sprawami publicznemi, rzadko przebywali w ojczy­stym Klewaniu. Miasto więc choć jeszcze miało dobrobyt dawnemi nadaniami zapewniony, dotkliwie już jednak odczuwało nieobecność swych panów. Na zamku rzadko już się tu gość zjawiał, handel miejscowy obumarł, to też z żalem wspominano tu imię księcia Mi­kołaja. Z papierów miejscowych widzimy jednakże, że stanęła tu w tej epoce, kosztem książąt, druga cerkiew murowana w 1681 r. pod wezwaniem N. Panny, która doczekała dni naszych, i dopiero w pożarze miasta w 1852 r. zgorzała.
Młodszym bratem prymasa Floryana, a drugim z rzędu synem Mikołaja, był Michał Jerzy ks, Czartoryski, poseł od Rzeczypospo­litej do Cara moskiewskiego. Ten spory od granic wołoskich w r. 1667 uspokoił, brał z kolei województwa braclawskie, wołyńskie, aż nareszcie sandomierskie, na którem dopiero ogarnął go jakby szal małżeński, bo cztery razy z kolei ponawiał związki: z austryaczką Fehenberg, z Eufrozyną Stanisławską wdową po Potockim, i po raz trzeci z Koniecpolską. Z tych małżeństw dzieci nie miał, a że wi­docznie pragnął męskiego potomka, ożenił się przeto po raz czwarty z Joanną Olędzką, wdową po Oleśnickim, staroście opoczyńskim, i ta ostatecznie uszczęśliwiła starca synem, któremu dano imię Ka­zimierza.
Brat Michała Jan Karol byl podkomorzym krakowskim i mar­szałkiem Izby poselskiej - a za króla Michała przewodniczył ry­cerstwu polskiemu pod Gołębiem. I ten, jak i brat jego bawił się kilkokrotną żeniaczką. Z pierwszą żoną Anną Zebrzydowską miał synów Samuela i Kaźmierza, także córkę hetmanowi Ogińskiemu poślubioną, z drugiej Magdaleny Konopackiej, wdowy po podskarbim Gąsiewskim, zostawił trzech synów, Michała i Antoniego, zmarłych bezpotomnie, i trzeciego Józefa.
Z tego licznego potomstwa obydwóch braci Czartoryskich, po­zostało żyjących dwóch tylko braci stryjecznych, Kazimierz i Józef. Ci w 1701 roku uczynili między sobą dział majątkowy, mocą którego Kazimierzowi synowi Michała-Jerzego pozostała włość klewańska i żukowska, Józefowi zaś Korecczyzna. Od tego to 1701 roku powstały dwie oddzielne linie w rodzinie, pierwsza pisać sie poczęła na Klewaniu i Żukowie, druga na Korcu.
Na tym okresie możemy zakończyć naszą pracę - nie pi­szemy bowiem historyi domu Czartoryskich, ale raczej tylko dzieje gniazdowego ich gródka Klewania, a te ostatnie przez cały wiek XVIII. nic prawie do zaznaczenia nie przedstawiają. Rodzina na­tomiast władzców tutejszych, urosłszy do znaczenia niebywałego dotąd w Rzeczypospolitej, opuściła rodzinne zamczysko, na szerszą widownię przenosząc działalność swoja. Losy Polski, acz skołatanej wewnętrzna niemocą, a stąd może zawistne potężnym jej sąsiadom, spoczęły przeważnie niemal w rękach tej rodziny. Za panowania ostatnich dwóch monarchów naszych, Czartoryscy stoją wciąż u steru politycznej nawy państwa, nadając jej kierunek, nie zawsze może po myśli pognębionego niemocą narodu, ale zawsze z przewodnią myślą, ku jego dobru skierowaną. To też długo jeszcze i po politycznym swym upadku, chował naród nasz tradycye tej potężnej rodziny, której ostatni potomkowie do ostatnich chwil nie przestawali jakby opiekuńczem skrzydłem otaczać co wydatniejszych jego rozbitków. Wracając jednak do Klewania, który acz przestał być siedzibą rodu i wszedł do składu obszernych majętności, wciąż przez małżeństwa pomnażanych, odległe to państewko nigdy nie przestawało wzorowo być utrzymywanem, dzieliło losy wszystkieh zresztą gródków naszych, na tych odległych kresach kraju położonych, brakowało mu tylko głównej do życia budzącej arteryi, a to obecności ulubionych jego panów.
Nie przerywając filiacyi dziedziców Klewania, jakkolwiek ci ostatni, nigdy już tu nie mieszkali, wyliczyć tu nam jednak wypada ich poczet od owego Kazimierza na którym ich szereg przerwaliśmy. Owoż ten ostatni wydzielił Klewań synowi z Morsztynówny zro­dzonemu Augustowi-Aleksandrowi, generałowi ziem ruskich, oże­nionemu z Sieniawską, wdową po Denhoffie, najbogatszą dziedziczka na Rusi, przez którą tyle sławna wówczas Granowszczyzna, weszła do składu fortuny Czartoryskich. Synem jego był ów Adam generalny starosta podolski, pospolicie generałem ziem podolskich zwany, po­stać naszych już niemal czasów sięgająca i potężna w dziejach, osta­tecznie na stopień Feldmarszałka przez Cesarza Franciszka I. wyniesiony, mecenas nauk, które we własnym kraju z uśpienia obudził, nareszcie członek kilkunastu towarzystw naukowych, zmarły w Sieniawie w Galicyi dopiero w 1823 roku. Tego synowie, z Izabelli Flemingówny urodzeni Adam i Konstanty, byli ostatnimi świecznikami narodu z karty europejskiej wykreślonego, którzy pracy nad jego odrodzeniem żywot swój cały poświęcili. Zajmiemy się wyłącznie młodszym Konstantym, któremu się w spadku po ojcu Klewańszczyzna dostała, a który już był ostatnim w rodzie, co się jej podtrzy­maniem zaprzątał. Nie mając zdolności brata swego Adama, ograniczył się też sferą działalności daleko skromniejszej. Żołnierz, ostatni w rodzie Sarmata, część życia wyłącznie wojaczce poświęcił. Urodzony w 1773 roku, doszedł do stopnia pułkownika w wojsku narodowem, dowodząc pułkiem 16 piechoty księstwa warszawskiego. Za nowego już rządu mianowany generałem-lejtnantem wojsk ro­syjskich, ozdobiony był kilku polskimi i obcymi orderami. Od roku 1830 wyniósł się do Wiednia, skąd nie wychylał się już do śmierci, a ta starcem już 87-letniia zaskoczyła go tamże 23 kwie­tnia 1860 roku.
W dziejach Klewania, sędziwa postać księcia Konstantego znowu wydatnie zarysowuje się. Żołnierz-obywatel, usiłował on znowu z upadku podźwignąć to ojczyste przodków gniazdo. Nie dano mu już było wskrzesić jego dawne znaczenie, zajął się więc przynaj­mniej odrodzeniem dobrobytu materyalnego i jego upiększeniem. Los i tu przedwcześnie przerwał jego pracę, a kiedy książę przenosił się na mieszkanie do Wiednia, nie przeczuwał zapewne, że już nigdy do Klewania nie miał powrócić, że to ulubione gniazdo, do którego tyle pracy przyłożył, już w następnem pokoleniu w obce przejdzie ręce.
Jeszcze w 1794 roku włość klewańska przez lat parę pozo­stawała w sekwestrze rządowym, ale ją książę ratował, miłością i opieką otaczał. Cichą była jego działalność, ale iluż to rzeczy do­konał? Jeszcze w roku 1817 zaczęto przeobrażenie zamku, nie ujmując jednak jego charakterystycznej całości. Ścianę wschodnią tej starożytnej budowy złamano całkiem, a natomiast dodano dwie ofi­cyny. W tak odnowionej budowie umieścił książe szkołę powiatową; którą obdarzył zamożną biblioteką, urządził przy niej gabinety fizycz­ny i mineralogiczny, założył ogród botaniczny, dał bezpłatne mie­szkania w zamku nauczycielom. Nadto urządził drugą szkółkę pa­rafialną na wzór Lankastra, ustanowił fundusz dla ubogich dziewcząt, wyrobił przywilej na aptekę w mieście, którą zobowiązał wydawać bezpłatnie lekarstwa biednym uczniom, lekarza zaś sam opłacał. I nie dziw, że tak obdarzone zakłady rychło wziętością i powo­dzeniem na daleką okolicę zasłynęły; książę też garnął do nich naj­lepszych w kraju nauczycieli, nic zgoła nie szczędząc, aby im rozgłos i powodzenie zapewnić. Tak stały rzeczy aż do pamiętnego 1831 roku, w którym, jak wszystko w tych prowincyach, postać swą zmie­niły, zamknięto nawet na czas jakiś szkoły, a choć w parę lat potem odrodziły się na nowo, lecz już przekształcone do niepoznania, a i księcia już niestało i jego dobroczynnej opieki. W 1834 roku utworzono tu nawet rodzaj gymnazyum sześcioklasowego podobno, lecz i te w kilka lat później powędrowało do Równego. Zbiory naukowe i biblioteka w czasie tych przenosin rozproszyły się bez­powrotnie. Przy urządzaniu ulubionego Klewania, nie przepomniał też książe i o miejscowym kościele, fundacyi przodków, dźwignął tę świątynie, jednę z najokazalszych w kraju, odnowił w niej groby przodków, installował piękny obraz Wniebowzięcia, oryginalne płótnc Carlo Dolce, dotąd tu przechowane, choć sam kościół przykrem opuszczeniem trąci. W tych czasach także stanęły tu obszerne i wspa­niałe budynki gospodarskie i kilka fabryk, jak cegły, dachówki i wapna, słowem całe miasteczko jakby odrodziło się na nowo, schludną i dostatnią przybrało postać. Wszystko to jednaj rychło skończyć się miało po odjeździe jego do Wiednia, już tylko jakby duch jego dobry czuwał nad Klewamem i rozproszyć się temu wszystkiemu nie dozwalał ostatecznie. Książe Konstanty dwa razy się żenił. Z pierwszej żony Amelii Radziwiłównej pozostawił syna Adama, którego potomstwo żyje dotąd, z drugiej żony Maryi Dzierżanowskiej pozostało synów trzech, z których najstarszy Aleksander także z księżniczką Radziwiłłówną Marceliną, córką Michała z Po­dłużnego, żonaty, objął po ojcu dobra klewańskie i te przed paru laty odsprzedał, o czem mówiliśmy wyżej. Bez komentarzów, zaznaczyć nam tylko wypada, że pozostawanie majętności nieprzer­wane w posiadaniu jednej rodziny przez pięć wieków prawie, jest faktem nader rzadkim, niesłyszanym prawie, zwłaszcza przy frymarku fortun tak często niestety w ostatnich dwóch stuleciach w Polsce praktykowanym. Na zakończenie dodać nam chyba wypada, że mia­steczko trzyma się dotąd, jakby tchnieniem dawnych swych panów; ożywia je droga murowana, przez sam Klewań przeprowadzona, bliskość kolei o milę stąd idącej, a może i duch dobry dawnych jego panów. Oprócz starego zamku, ma z lepszych czasów synagogę murowaną, parę takichże cerkwi, z prochami pierwszych Czartoryskich, ma nareszcie położenie cudowne, widoki rozlegle i dziwnie uro­cze. Przy górze cerkiewnej znajduje się tu źródło wody żelazisto-siarczanej, a nieopodal, w miejscowości tak zwanej w Rowach, wyborna glina garncarska.
 
                                                                                                                                                   Tadeusz Jerzy Stecki.
 

źródło : Przegląd Powszechny 1885, tom 5, s. 202-219.
 

wolhynia 2004 - 2017

wolhynia@wolhynia.pl