RUINY KLASZTORU OO KARMELITÓW W WIŚNIOWCU

 

Gdy się podjeżdża do Wiśniowca, pierwszy przedmiot który uderza oko podróżnego, są to ruiny kościoła i klasztoru OO.Karmelitów bosych, położone tuż obok wspaniałego pałacu książąt Wiśniowieckich i górujące z nim razem nad miasteczkiem i całą uroczą okolicą. Puste jej okna, krzyże na wieżach kościelnych, chylące się ku upadkowi, istny las młodych drzewek, porastający sklepienia tak świątyni, jak i pozostałej części klasztoru, jednem słowem cały ten obraz spustoszenia serce ściska, a myśl cofa do czasów dawnych, minionych, gdy pokolenia nad tem pracowały, co dziś czas a jeszcze bardziej wandalizm ludzki niszczy. Dziś stoją jeszcze te mury, świadcząc o minionej przeszłości, kursują jednak wersye, iż mają być wkrótce bądź na cegłę rozebrane, bądź też gruntownie przebudowane, przez co stracą, rzecz oczywista, swój pierwotny charakter. Nie od rzeczy więc będzie utrwalić w pamięci to, co w nich widziałem i to, co tradycya nam zostawiła.
Była to przed laty ośmiu czy dziewięciu; bawiąc z powodu interesów kilka dni w Wiśniowcu, postanowiłem zwiedzić owe mury, a otrzymawszy na to zezwolenie od duchownego prawosławnego, zamieszkałego w gmachu poklasztornym, z którego klucze od ruiny się znajdowały, przystąpiłem do oględzin. Postaram się naprzód zaznajomić czytelnika z zewnętrznym wyglądem całego gmachu a potem dopiero poprowadzę go do wnętrza, korytarzy i cel klasztornych, do świątyni i jej podziemi. W bezpośrednim sąsiedztwie bramy zamkowej, znajduje się brama, postawiona pod kątem prostym prostym do pierwszej, prowadząca na podwórze kościelne, otoczone murowanem ogrodzeniem suto ozdobionem, misternie i artystycznie wykutemi w piaskowcu unami i innemi ozdobami. Brama owa murowana jest i sklepiona a po nad nią stoi piękna piaskowcowa, naturalnej wielkości statua Najśw. Maryi Panny, depczącej stopami węża i trzymającej w prawicy bukiet kutych w żelazie i pozłacanych lilii, ukoronowana również żelazną i pozłacaną aureolą, usianą suto gwiazdami. Na środku dziedzińca kościelnego stoi posąg św. Jana Nepomucena na wysokim piedestale, na którym z jednej strony widnieje napis
 
 
" Za duszę Szymona Zdrowaś Marya "
 
 
a na odwrotnej
 
 
A. D. 1786 die 19 Apr. "
 
 
Przeszedłszy koło owego posągu, znajdujemy się przez fasadą kościelną przy której na prawo widnieje furta klasztorna. Cała świątynia w stylu barocoo i dorównywa swemi rozmiarami kościołowi pokarmelickiemu warszawskiemu, a struktura jej jest pod tym wględem oryginalną, iż wieże, w których mieściły się niegdyś dzwony, zdobiące zwykle fasady kościołów, są tu z przeciwnej strony, to jest przy prezbiteryum umieszczone. Cały gmach kościelny imponuje swemi rozmiarami i bardzo jest harmonijny. Stojąc jednak przed jego fasadą, choć ta ostatnia jest obficie ozdobioną naturalnej wielkości posągami świętych, kutymi w piaskowcu, między którymi na szczycie kościoła postać jego patrona świętego Michała Archanioła góruje, ma się jednak wrażenie, iż coś w niej brakuje, i że się raczej stoi przed tylną ścianą, niż przed frontem kościelnym. Postaram się czytelnikowi dowieść, że wrażenie to nie jest mylnem i że pierwotny plan budowy całego gmachu, zmienionym został. W tym celu odczytamy tablicę nad głównym wejściem, umieszczoną tak wysoko, iż tego bez pomocy dobrych szkieł wykonać nie sposób. Jest ona z różowego marmuru, a głoski napisu wyglądają tak świeżo, jak gdyby wczoraj wykutemi zostały.
Napis ów przytaczam tak, jak go litera po literze odczytałem i przepisałem. Jest w nim parę błędów które, jak sądzę, powstały z winy rytownika, a nie autora, napisany jest bowiem dobrą, choć mocno napuszoną łaciną, dowodem czego wyraz anathema oznaczający w potocznej łacinie klątwę, jednak w języku greckim, z którego pochodzi, mogący być również, jako uroczyste zobowiązanie tłumaczony i w tym sensie w danym wypadku zastosowany
 
D.O.M.
HAS DIVINAS AEDES.
DIVO MICHAELI ANGELORUM PRINCIPI
KORIBUTHEAE DOMUS INDIGETI
MICHAEL HEREMIAS PRIN.VISN.TERRARUM
RUSSIAE PALATINUS
COSACORUM DOMINOR
RUENTIS PATRIAE FULORUM
SACRAS ESSE VOLENS INCHOAVIT
EJUS FILIUS
SEREN.MICHAEL PRIMUS REX OPTIMUS POLONIAE
CONTINUAVIT
EJUS EX FRATHE PRONEPOS
MICHAEL
PRINCEPS WISNIOVIECCIUS SUPRUS.LITU.CANCELLARIUS
ILECTATORUM DIVINA VI FATORUM ANATHEMA
GRATUS ET MEMOR PERFECIT
DINI MICHAELIS TERTIUS MICHAEL LIBERALITATIS SACRAE
HAERES
PROPOSITO AB ILLIS DECORI REDUXIT
ETCORONATI CAPITIS OPUS CORONAVIT
FINIVIT
ANNO EJUS CUJUS REGNI NON ERIT FINIS
1726.
 
co znaczy po polsku
 
D.O.M.
"Ten przybytek Boży pod wezwaniem boskiego Michała Księżęcia aniołów, domu Korybutów patrona, rozpoczął budować Michał Jeremiasz Książe Wiśniowiecki ziem Ruskich Wojewoda, pogromca kozaków, pragnąc by kościół był filarem upadającej ojczyzny. Syn jego Najjaśniejszy Michał pierwszy król najlepszy Polski dzieło swe dalej prowadził. Jego brata prawnuk Książe Michał Wiśniowiecki Wielki Kanclerz Litewski, dwóch Michałów świętobliwej szczodrobliwości, trzeci Michał spadkobierca Boskiem zrządzeniem losu dzieło wywyższonych wykonał, zmieniwszy plan takowego poprzedni. Dzieło monarsze ukoronowawszy zakończył. W roku panowania Tego, którego panowanie końca mieć nie będzie 1726".
 
Znacznie niżej niż ten napis umieszczono wykuty w piaskowcowem oddrzwiu wielkich żelaznych drzwi następujące wyrazy
 
A.M.D.G.
ANNO DNI 1768
Die 5 7-bris
HOC OPUS ERCETUM.
 
Jak widać z napisu z 1726 roku, pierwotny plan Księcia Jeremiego uległ zmianie i wtedy to prawdopodobnie front kościoła przemienionym został. Dowodzi tego również pobieżna historyczna notatka o owym gmachu, która się w wielkim Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych ziem polskich, wydanym przez Chmielowskiego, mieści. Wedle owej wzmianki bazylika przy klasztorze wiśniowieckich Karmelitów bosych została pierwotnie wzniesioną przez Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego w 1645 roku. Potem przez kozaków zniszczoną i przez Księcia Michała Serwacego, Wojewodę Wileńskiego, w 1726 r. odbudowaną. Otóż ów Książe Michał Serwacy wybudował również około 1720 r. przepyszny, dziś jeszcze isniejący pałac i otoczył go obszernym kilkusetmorgowym parkiem, przez co zmienił, że się tak wyrażę, punkt grawitacyjny Wiśniowca, ciążący przedtem na miasteczku, i wtedy to prawdopodobnie, odbudowując zburzoną świątynię, zmienił jej front, nie chcąc, by była tylną ścianą do bramy zamkowej zwróconą. Dalej przechodziła świątynia następujące koleje: w roku 1768 została ponownie gruntownie odrestaurowaną, jak o tem napis na oddrzwiu i przytoczone pzeze mnie dzieło świadczy; po supremacyi zaś Karmelitów w 1832 roku została zabraną na cerkiew prawosławną, nad którą 17 kwietnia 1863 roku dach zgorzał. Od tego czasu znajduje się gmach ów  w zarządzie prawosławnego duchowieństwa i niszczeje.
Obszedłszy dokoła świątynię i mury klasztorne, nie przedstawiające swym stylem nic osobliwego, a imponujące jedynie swymi rozmiarami, przeszedłszy koło słynnej niegdyć niedosytni OO.Karmelitów, zajrzyjmy do ogrodów klasztornych. Wznoszą się one na mającym kilka sążni wysokości, murowanym z cegły tarasie, górującym nad stawem, utworzonym na Horyniu. Teraz to nielada, ogrody bowiem zajmują kilkomorgową przestrzeń, a ziemia ziemia pod nie musiała być częściowo sztucznie nawieziona. Otoczone one były na szczycie owego podmurowania murowanym ogrodzeniem, ozdobionem narówni z ogrodzeniem dziedzińca kościelnego piaskowcowemi pięknymi urnami. Po rogach zaś wznosiły się murowane altany, z których się widok na całą okolicę roztaczał. Istniało to wszystko wszystko jeszcze podczas opisanej przeze mnie wycieczki, dziś zaś znikło, jak się o tem niedawno, przejeżdżając przez Wiśniowiec, przekonałem. W jakim celu rozebranym zostało, jest to dla mnie niezrozumiałem, jak również jest zagadką, na co użyto osiągniętą stąd cegłę, wiem bowiem, iż ostatniemi czasy nic w Wiśniowcu, ani jego najbliższej okolicy nie budowano, cegła zaś, jako materyał zbyt tani, nie nadaje się do dalszego exportu. Obszedłszy dokoła owe ogrody, słynące dotąd z wyśmienitego gatunku swych owoców, znajdujemy się z punktu początkowego naszej wycieczki, to jest przed fasadą kościoła i furtą klasztorną, do której teraz czytelnika wprowadzę.
Przekroczywszy ową furtę, znajdujemy na korytarzu klasztornym, a pierwsza rzecz, która nasze oko uderza, to fresk dużych rozmiarów, przedstawiający proroka Elizeusza, wypuszczającego niedźwiedzie na chłopów, którzy sobie szydzić z niego pozwolili.
Idąc dalej owym korytarzem i obchodząc nim klasztor dokoła, przechodzimy obok wielkich rozmiarów refektarza i ogromnej kuchni klasztornej. W kilku miejscach boczne schody prowadzą prowadzą na najwyższe piętra.
Sądząc po szczątkach od drzwi i futryn do okien, które prawie wszędzie przemocą powyrywanemi zostały, musiały one być suto i artystycznie w dębinie rzeźbione. Ponieważ jedynie dach nad kościołem i częścią klasztoru został zniszczony przez pożar, zdumiał mię brak wszystkiego, co było z drzewa a więc podłóg, widocznie z brusów dębowych, drzwi, okien, stopni schodów, futryn i t.d. A gdym się o to zapytał oprowadzającego mnie po klasztorze, zamieszkałego tam duchownego, powiedział mi, iż to wszystko w braku innego opału przez niego, jaki taki, użytem zostało. Weszliśmy do zakrystyi kościelnej, na około której pod ścianami stoją szafy i komody, w których się niegdyś aparaty i szafy kościelne mieściły. Wszystko to, musiało być niegdyś bardzo piękne, lecz dziś przedstawia opłakany widok: drzwi i szuflady pięknych orzechowych, artystycznie rzeźbionych szaf i komód znalazłem powyrywane i potrzaskane, bronzy, sądząc po ich resztkach bardzo piękne, powyrywane i połamane. Jednym słowem istny obraz spustoszenia. Przy drzwiach wchodowych do kościoła widniało jeszcze lavabo mosiężne oraz klęcznik, przy którym przed i po ofierze księża się modlili. Jak bogatemi były mieszczące się tu szaty kościelne, można tem sądzić z kilku ornatów, pochodzących z Karmelickiego Kościoła, a znajdujących się w kościele parafialnym w Starym Wiśniowcu, które przedstawiają istne dzieła sztuki hafciarskiej. Wszedłem z zakrystyi do Bazyliki. Tu przedstawił mi się obraz jeszcze większego zniszczenia. Nie miałem wrażenia, iż się znajduje w gmachu zniszczonym przez pożar, dobrze bowiem zachowane sklepienie, wnętrze od ognia ochroniło, lecz wydawało mi się, iż jestem w świątyni, która uległa rabunkowi, chociaż bowiem ołtarze, ambona, konfesyonały dotąd stoją na swych miejscach, lecz zostały ze wszystkiego, co jakąkolwiek wartość przedstawiało, obdarte. Nawet piękna z kamiennych kostek białych i czarnych ułożona ongi podłoga, została zerwaną i stos tworzących ją dawniej tafel piętrzył się pod chórem. Choć kościół dużych bardzo rozmiarów, ołtarzy w nim jednak było tylko trzy. Jeden główny i dwa w dużych bocznych kaplicach, z których prawa od wejścia pod wezwaniem św. Tekli. Ambona bardzo pięknie rzeźbiona, w drzewie i suto pozłacana, przedstawia łódź św. Piotra. Ołtarze również rzeźbione w drzewie i pozłacane stosunkowo dobrze się zachowały choć , jak wyżej nadmieniłem, ze wszystkiego, co wydało się cennieszym obdarte były. Na ścianie pod chórem widnieje bardzo piękny i uderzający świeżością swego kolorytu duży fresk, przedstawiający Chrystusa Pana, nauczający lud na puszczy.
Spostrzegłszy w kaplicy św. Tekli schody, prowadzące pod kościół, postanowiłem zwiedzić podziemia. Poprzedzony przez miejscowego murarza, który mi lampą przyświecał, zszedłem w dół, i znalazłem się w sklepionej salce, na ścianie której znajduje się malowidło przedstawiające mitrę książęcą, a pod nią rozpostarty płaszcz gronostajowy. Widnieje tu atoli nie, jak się spodziewałem, herb książąt Wiśniowieckich, a pięknie wykonany wizerunek Chrystusa Pana na krzyżu. W pośrodku owej salki wznosi się coś w rodzaju murowanego katafalku, na najwyższym stopniu którego stoi trumna ze zwłokami mężczyzny, na niższych stopniach trumna ze zwłokami kobiecymi i trumna, która się rozleciała, a na niej cztery trumienki ze zwłokami dzieci. Wszystkie te trumny otwarte, zrobione są z cienkich calowych desek, a ciała w nich się znajdujące stosunkowo dobrze zachowane, jakby zamszone i z ubrania ogołocone ze szaty, w których byli nieboszczycy pochowani, zostały z nich zdarte, a nie uległy zniszczeniu, dowodzi fakt, iż się na jednej nodze ciała kobiety znajdowała jeszcze wtedy jedwabna pończocha oraz trzewik, z którego klamra (prawdopodobnie srebna) oderwaną została. Przypuszczenie to moje potwierdził towarzyszujący mi murarz, człowiek wiekowy, który mi powiedział, iż mamy przed sobą trumny wewnętrzne, zewnętrzne zaś metalowe, które sam pamięta, pokradzionemi zostały. Jak również pamięta iż leżące w nich ciała dawniej bogato ubranemi były.
- To król Michał - powiedział on, wskazując mi na trumnę środkową. Mylił się oczywiście, zwłoki bowiem króla Michała na Wawelu spoczywają, lecz mylił się tylko częściowo, jak się z dalszego mego opowiadania okaże.
Z tego podziemia przeszliśmy tak wązkiem przejściem, iż się mocno schylać musieliśmy, do drugiego, znajdującego się pod wielkim ołtarzem, daleko obszerniejszego, do którego osobne, dziś zamurowane schody prowadziły. W podziemiu owem znalazłem, ustawiony pod ścianą istny stos stojących jedna nad drugą prostych sosnowych, lecz wtedy jeszcze doskonale zachowanych trumien, a na każdej z nich napis, oznaczający imię zakonne i świeckie pochowanego w niej karmelity, urząd, który w zakonie piastował, oraz datę jego śmierci. Zaglądnąwszy do kilku otwartych trumien, spostrzegłem w nich ciała również dobrze jak w pierwszem podziemiu zachowane i przybrane w habity zakonne, te bowiem, jako przedstawiające zbyt małą wartość, nie nadawały się widocznie do obdarcia. Zajrzawszy do ostatniego sklepu, spostrzegłem tam kilkanaście trumien również z cienkich desek zrobionych, a w nich ciała, jak i w pierwszem podziemiu, ze wszystkiego ogołocone. Na tem zakończyłem oględziny. Właśnie siedziałem, rozmyślając o znakomitościach tego świata i przypominając sobie wszystkie te smutne rzeczy, które przed paru godzinami widziałem, gdy zapukano do drzwi i wszedł dymisyonowany urzędnik policyjny, który mi się jako zięć duchownego prawosławnego, mającego w swym zarządzie mury poklasztorne przedstawił i zaproponował mi pokazanie dokumentu, mieszczącego w sobie spis pochowanych pod kościołem karmelitów. Zrozumiałą jest rzeczą z jaką skwapliwością wziąłem się do odczytywania podanego mi papieru.
Był to brulion raportu, podanego w 1832 r. przy zamianie kościoła na cerkiew prawosławną, wołyńskiem gubernatotorowi o tem, kto w podziemiach świątyni pochowany. Spis ten podaję w dosłownem jego brzmieniu:
 
(tu następuje spis)
 
Spis osób pod kościołem XX.Karmelitów bosych Nowo Wiśniowieckich leżących:
 
1. Michał Serwacy Korybut na Zbarażu i Wiśniowcu, ostatni Wiśniowiecki, Książe na Dolsku, Brakinnie Komarnym i Dąbrowicy, Hrabia, Wojewoda Wileński, Hetman Wielki Koronny, wnuk króla polskiego Michała zmarly 1744 roku.
2. Tekla Rozalia z Książąt Radziwiłłów, Kanclerzanka Wielka, Króla polskiego Jana III Sobieskiego wnuka, Księcia Michała Wiśniowieckiego Wojewody Wileńskiego trzecia żona, zmarła 1747 roku.
3. Książe Konstanty, syn najstarszy Księcia Michała Wiśniowieckiego z pierwszej żony Księżniczki Dolskiej Katarzyny, Marszałkówny Wielkiej.
4. Książe Jeremiasz, syn drugi tegoż Księcia Michała z drugiej żony jego Magdaleny Czartoryjskiej, Chorążanki Wielkiej.
5. Książe Ignacy, trzeci syn tegoż Księcia Michała z drugiej żony jego Magdaleny Czartoryjskiej, Chorążanki Wielkiej.
6. Książe Józef, czwarty syn tegoż Księcia Michała z trzeciej żony jego Księżniczki Tekli Radziwiłłówny, Kanclerzanki Wielkiej.
7. Michał Jerzy Wandalin Hrabia Mniszek, Marszałek Wielki Koronny Lubelski, Słonimski, Rostocki Starosta, aktualny tajny sowietnik Jego Imperatorskiej Mości, Orderu Św. Andrzeja Apostoła, Św. Aleksandra Newskiego, Św. Stanisława i Orła białego kawaler, zmarły 1806 r.
8. Pelagia Teresa z Hrabiów Potockich Wojewodzianka Kijowska, Michała Hrabiego Mniszka, Marszałka W. Kor., pierwsza żona, zmarła 1772 r.
9. Urszula, Marya, Anna Franciszka z Hrabiów Ordynatów Zamoyskich Wojewodzianka Podolska, portretowa Jego Imperatorskiej Mości Stats Dama i orderu Wielkiego krzyża Świętej Katarzyny, Hrabiego Mniszka Marszałka W. Koronnego druga żona, zmarła 1816 r.
10. Stanisław Wandalin Hrabia Mniszek, Chorąży W. Koronny, orderu Orła białego i Św. Stanisława Kawaler, Michała Hrabiego Mniszka Marszałka W. Koronnego brat rodzony, zmarły 1806 r.
11. Szymon Hrabia Forgacz, Wojewoda Królestwa Węgierskiego, podczas rozruchów tegoż państwa za rządów Leopolda I-go Cesarza Rzymskiego w kraju tutejszym szukał schronienia i umarł 1730 roku.
 
O karmelitach pochowanych pod kościołem, wzmianki w owym dokumencie niema.
Przed dwoma laty komisya węgierska z Budapesztu przyjeżdżała do Wiśniowca, by odszukać zwłoki hr. Forgacza, który jak się okazuje, był mężem, wielce zasłużonym w walkach o niepodległość swej ojczyzny, i przewieźć takowe do Węgier. Poszukiwania jej jednak do realnych rezultatów nie doprowadziły. Dowiedziawszy się iż ciało hr. Forgacza poszukiwano pod figurą św. Jana Nepomucena na dziedzińcu kościelnym z racyi znajdującego się na niej napisu, choć takowy 56 lat po jego śmierci wyrytym został, a nie pod kościołem, a mając wyżej przytoczony dokument, świadczący o miejscu jego spoczynku, wszedłem w korespondencyę z działaczami węgierskimi, by ich o tem powiadomić. Otrzymawszy zaś z Budapesztu informacyę, iż zwłoki hr. Forgacza łatwo można poznać po postrzale, który otrzymał w nogę i skutkiem którego był kulawym. Udałem się do Wiśniowca, by ciało jego odszukać. Zeszedłszy do podziemi, uderzony byłem panującym tam chaotycznym nieładem; w pierwszym sklepie znajdowało się nie siedem jak poprzednio a kilkanaście trumien, z których kilka widocznie przeniesiono z ostatniego podziemia przez owe dwa tak ciasne przejścia, iż się przez nie z trudnością przecisnąć można; w drugiem podziemiu znikły dobrze jeszcze niedawno zachowane trumny sosnowe jak również habity z ciał pochowanych w nich zakonników, a ciała mnichów z trumien powyrzucane leżały w bezładnej kupie naśrodku podziemia; w trzecim sklepie tenże chaos a trumien w nim mniej jak za pierwszą mą bytnością. Ciała hr. Forgacza nie udało mi się odszukać i z uczuciem smutku i zgrozy wyszedłem z podziemi. Objaśniono mię iż komisya węgierska nietylko pod statuą św. Jana, lecz i w grobach kościelnych ciała hrabiego Forgacza poszukiwała, nie chcę jednak wierzyć, by ci, którzy z takim pietyzmem szczątków swych bohaterów narodowych poszukują byli w stanie nie poszanować miejsca spoczynku innych może także dla swej ojczyzny zasłużonych, między którymi i ten, którego poszukują znajdować się może. W każdym razie pozostanie zagadką, co się stało z sosnowemi trumnami Karmelitów, hoć przecie niepodobna przypuszczać, by takowa komisya węgierska do Budapestu z sobą zabrała.
Kto owe groby ostatecznie sprofanował, w to wchodzić nie będę, choć świętokradztwa tego rodzaju, powtarzające się u nas niestety tak często, surowo karanemi byłby powinny. Przyczem jedynie gołe fakty, które każdy sprawdzić może, nie chcąc się wdawać w komentarze, któreby zresztą w danym wypadku do niczego nie doprowadziły.
Jednak wobec uporczywie krążących pogłosek o mającem nastąpić rozebraniu lub też gruntownem przebudowaniu opisanego przeze mnie gmachu, nasuwa mi się pytanie co się wtedy stanie ze szczątkami tych, którzy ową świątynię fundowali na nią łożyli i służbę bożą w niej długie lata pełnili. Między nimi znajdują się ostatni członkowie rodu, do którego należał mąż tak zasłużony jak książe Jeremiasz Wiśniowiecki, dla uczczenia którego nasi przodkowie jego syna królem obrali, i znajdują się szczątki wnuków króla Jana III, oswobodziciela Wiednia. Sądzę, że należałoby postarać się o przeniesienie prochów owych na jeden z dwóch katolickich cmentarzy, znajdujących się w Wiśniowcu, i o pochowanie takowych choćby w najskromniejszej wspólnej mogile, gdzieby nadal w spokoju spoczywały, umieszczając na niej skromny grobowiec, głoszący o tem kto w niej pochowanym został.
 
autor: Kazimierz Dunin-Karwicki, "Dziennik Kijowski" 1908, nr 140-142.
 

wolhynia 2004 - 2017

wolhynia@wolhynia.pl