AUTENTYCZNEOPOWIADANIE O OJCU STANISŁAWIE PIESIEWICZU ZAMORDOWANYM PRZEZ NKWD W 1940 ROKU

 

Mój Ojciec, Słanisław Piesiewicz, urodził się w Maciejowicach we wrześniu 1892 r. W roku 1914 został wcielony do wojska rosyjsko-carskiego i brał udział w wojnie rosyjsko-niemieckiej. Wraz z kilkoma innymi Polakami „ulotnili” się i po wielu przygodach Ojciec znalazł się w Taszkiencie, gdzie zapoznał się z Ferdynandem Goetlem, późniejszym znanym pisarzem, prezesem PEN KLUBU Polskiego w latach 1926-1934, był autorem wielu książek, kilkunastu podróżniczych, jak na przykład: „Przez płonący Wschód” (w której nota bene są nie tylko wzmianki, ale i zdjęcia mojej Matki i Ojca podczas ucieczki dużej grupy Polaków z Taszkientu przed nacierającymi Bolszewikami, którzy mordowali, rabowali i gwałcili.) Uciekinierzy na małych mułach, wielbłądach, i przy późniejszej eskorcie „SIPOJOW” (kolonialne hinduskie oddziały pod komendą brytyjską) poprzez góry, wąwozy, utarczki z bandami rozbójników, po kilkunastu tygodniach dotarli do Indii i Bombaju.

Ojciec mój po powrocie do Polski z Indii osiedlił się w ładnym powiatowym miasteczku Zdołbunowie na Wołyniu, gdzie koło stacji kończył się szeroki bolszewicki tor i była duża węzłowa stacja kolejowa. Z tego samego miasta pochodzi były wychowanek Junackiej Szkoły Kadetów Romuald Wernik znany w Anglii pisarz (wydał 10 książek) i były publicysta „Dziennika Polskiego”, autorytet stosunków Polsko-Ukraińskich.
Ojciec, jako pracownik PKP zarabiał na „Kresach” o wiele więcej aniżeli w Dęblinie, poza tym władając płynnie w mowie i piśmie jez. rosyjskim jeździł do Sowietów (Szepietowka i Sławuta) wraz z kilkoma innymi kolejarzami polskimi jako obsługa pociągów, za co były im płacone dodatkowe diety. Ojciec opowiadał jak np. na stacji w Szepietowce wolno im było wyjść z pociągu do swojej budki, a „striełok” z bronią zawsze ostrzegał „szag na prawo ili na liewo imieju prikaz strielat”, a kiedy po spożyciu swego posiłku wyrzucali resztki za budę to dzieci ukraińskie biły się między sobą o te ochłapy. Były to czasy głodu na Ukrainie.
Raz na kilka dni przyjeżdżał pod samą stację w Zdołbunowie sowiecki pociąg osobowy. Potężna lokomotywa typu „Ordżonikidze” o wyjącym przeraźliwym gwiździe oraz zestaw 5-ciu lub 6-ciu okazałych wagonów - wszystko na pokaz - czasem przestawiali je na normalne europejskie podwozia i po kilku godzinach pociąg jechał dalej np. na Berlin, lub pasażerowie przechodzili do podstawionych tuż obok polskich „Pulmanów”. Parę razy Ojciec wziął mnie ze sobą, chcąc mi pokazać sowiecki pociąg. Ja stałem z daleka, a Ojciec witał się podaniem ręki z sowieckim kierownikiem pociągu. Dość długo rozmawiali, Ojciec podpisywał jakieś dokumenty (kręciło się też kilku policjantów i tajniaków), poczem odjeżdżaliśmy do domu.
17 września 1939 roku Sowieci wkroczyli do Polski. Po południu byli już w Zdołbunowie. Słuchaliśmy przez stary nadajnik radiowy przemówienia ich ówczesnego komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa - vel-Skrjabina – „Wystarczyło mocne uderzenie armii niemieckiej, doprawione uderzeniem niezwyciężonej naszej Armii Czerwonej i nic nie pozostało z tego poczwarnego bękarta Traktatu Wersalskiego.” Ojciec płakał i mówił – „Nie ma już Polski.” Wieczorem tego dnia widziałem przez szparę od drzwi z kuchni do pokoju, jak Ojciec z Matką rozkładali na stole mnóstwo „Mikołajewek”, złotych 10-cio i 5-cio rublowych monet, które swego czasu przywieźli z Taszkientu, gdzie Ojciec jako prawa ręka p. F. Goetla, prowadził biuro dostaw dla Rosyjskiej Armii
Po podziale złotych rubli (które swoją cześć Matka przechowała przez wywózkę 13 kwietnia 1940 r., „Siewiernyj Kazachstan, Afrykę, a które sprzedałem już w Anglii),  widziałem Ojca w nocy niosącego coś dość długiego, owiniętego w ceratę i zakopującego w naszym dużym ogrodzie. Znacznie później dowiedziałem się od Matki, że to był Ojca służbowy rewolwer, ponieważ Ojciec mój współpracował z sekcją kontrwywiadu tzw. „Dwójka” i miał kontakty z pewnymi obywatelami sowieckimi. Następnego dnia tj. 18-go września, Ojciec pojechał rowerem na stację dowiedzieć się czy ma nadal pracować. Czekaliśmy prawie do północy, ale napróżno. Ojciec nie wracał. Naraz znajomy kolejarz lekko zastukał w okno. Matka go pocichu wpuściła. Oznajmił on nam, „że Staśka (Ojca) aresztowało NKWD. wraz z kilkoma innymi kolejarzami, włącznie z zawiadowcą stacji byłym porucznikiem rezerwy p. Strzałką, że powieziono ich do wiezięnia na tzw. „Górkach” w pobliskim dużym mieście Równe (12 km. od Zdołbunowa), i pocichu wyszedł od nas.
Znajomi kolejarze często podwozili mnie do Równego z paczkami żywności dla Ojca. NKWDziści przyjmowali je, ale nigdy nie powiedzieli czy Ojciec tam jest. Czasem chodziłem naokoło więzienia łudząc się że być może coś zobaczę czy kogoś się zapytam (była tam długa brama więzienna za którą leżały zwały węgla i czasami kilku wieźniów woziło węgiel stamtąd taczkami). Naprózno. Gdzieś koło Bożego Narodzenia 1939 r. wypuszczono z więzienia rowieńskiego doktora kolejowego p. Sobańskiego, kolegę Ojca i byłego partnera do gry w preferansa w klubie kolejarzy. Zjawił się u nas potajemnie w nocy, a ja podsłuchiwałem pod drzwiami. Pamietam jak rzekł: „Kaziu, Staszka tak strasznie bili, ze próbował sobie życie odebrać.”
Po kilku tygodniach aresztowali dr Sobańskiego ponownie i osadzili tymczasowo w Zdołbunowie pod tzw. „Magistratem”, bo wiezienia w Zdołbunowie nie było. Tej samej nocy doktór powiesił się w ubikacji, bo wiedział co go czeka. 4-go kwietnia  1940  roku gruchnęła  wieść po Zdołbunowie, że na tak zwanej „rampie bolszewickiej”, gdzie był szeroki sowiecki tor, stoi pociąg towarowy z więźniami z Równego i innych miast. Złapałem Ojca rower, którego o dziwo nie zarekwirowali i odebrałem go ze stacji z kabiny kolejarzy, i pojechałem na tą rampę. Stał tam zestaw około 10-ciu bydlęcych wagonów. Było pełno NKWDzistów i milicji, a zza okiennych krat wyglądali więźniowie. Pamietam, że w jednym wagonie siedziały kobiety - jak się okazało harcerki, które śpiewały „Rotę” Konopnickiej. Straż sowiecka z wściekłością waliła kolbami w ten wagon klnąc wulgarnie, tak jak tylko sowieciarze potrafią ja natomiast nie zważając na częste kopniaki od NKWDzistów i milicjantów ciągle krzyczałem w stronę zakratowanych okien nazwisko mego Ojca. W końcu ktoś odkrzyknął „ldź synku tam do ostatniego wagonu, tam jest twój ojciec.” Pobiegłem w tamtą stronę otrzymując po drodze jeszcze kilka szturchańców i przekleństw „po matieri.” I nareszcie stanąłem kilkanaście kroków od na wpół otwartych - rozsuniętych drzwi, gdzie straż właśnie podawała „kipiatok” (gorąca woda) i jakieś ochłapy. Jeden z NKWDzistów wrzasnął na mnie żebym „wyrywał” stąd bo „i Tiebia siejczas zakluczim (zamkniemy razem z nimi). Wtem z pótotwartych drzwi któryś z więźniów głośno krzykną po rosyjsku: „Ty swołocz (wyrzutek, bydlak) nie pozwolisz synowi ostatni raz „iz swoim otcom proszczatsia.” (pożegnać się.) Widocznie w duszy Bolszewika odezwało się coś ludzkiego, bo wziął mnie za ramię i rzekł „Chodi siuda malczik, pogawari iz swoim otcom, nu poskoriej-poskoriej.” Drugi w kolejce, z jakąś menażką, stał mój Ojciec. Zrozpaczonym głosem powiedział „Synu mój już się nigdy w życiu nie zobaczymy, wiozą nas na główne śledztwo - chyba - do Charkowa. Bardzo mi jest zimno (był bez płaszcza) postaraj się i przynieś mnie mój kożuch, jutro rano; będziemy tu stać do 9-tej. Matce do jutra nic nie mów.”
Zapłakany pojechałem do domu na tzw. nowe miasto pod zagajnikiem. Starałem sie nie dać po sobie nic poznać. Z samego ranka, pod jakimś pretekstem, wsiadłem na rower "pod ramę", bo nie mogłem jeszcze dostać z siodła do pedałów i z kożuchem zawinietym  sznurkiem pognałem na "bolszewicką" rampę. Rzuciłem rower między szyny i patrzę przerażony jak pociąg zaczyna się oddalać - ponad godzinę wcześniej, niż Ojciec kazał mi przyjść, kiedy im znów mieli jeść dawać. Biegnę za pociągiem i krzyczę: "Tatusiu, tatusiu", płacząc rzewnymi łzami, a pociąg wolno oddala się, oddala... Naraz widzę jak z ostatniego wagonu, w którym był mój Ojciec ktoś przez zakratowane okno macha jakąś jasnawą szmatą - to musiał być mój Ojciec, widocznie przez szpary zdołał ujrzeć swego syna biegnącego za pociągiem. Zrozpaczony wróciłem do domu.
Kiedy przyszli Matkę i mnie wywozić 13-go kwietnia 1940 r. to najstarszy stopniem NKWDzista odczytał oficjalne zawiadomienie: "Kazimiera Pietrowna Piesiewicz nie biespakojties, jedietie k'waszemu mużu, on rabotajet po swojej specjalnosti na Pietropawłowskiej żieleznej dorogie." (Kłamali bezczelnie żeby nie sprawić paniki i krzyków rozpaczy.)
Potem był północny Kazachstan,  tzw. "amnestia", Junacy, gdzie  dodałem sobie rok i jako radio-telegrafista wraz z 30 czy 40-ma innymi zostałem przydzielony do 9- tej   kompanii   łączności   2-giej  (wówczas)   Brygady Pancernej gen. Bronisława Rakowskiego (później, wiosną 1945r. przemianowaną  na 2-gą Warszawską  Dywizję Pancerną). Jako, prawdopodobnie najmłodszy żołnierz II- Korpusu gen. W. Andersa brałem udział (chociaż nie bezpośredni)  w bitwie  o  Monte  Cassino,  liczyłem wówczas 16-lat i kilka miesięcy.
Co jakiś czas pisywałem do wielu miejsc m.in. do Czerwonego Krzyża w Anglii, do śp. profesora Zdzisława Stahla, chcąc się dowiedzieć gdzie zgniął mój Ojciec, bo co do tego nie miatem wątpliwości. Nawiązałem też korespondencję   z   p.   prokuratorem   Aleksandrem Herzogiem, wówczas doradcą ministra sprawiedliwości w roku 1994-1996. Na jego prośbę został opublikowany w "Dzienniku Polskim"  26 kwietnia 1995r. jego bardzo długi list do mnie, włącznie z apelem do podawania na adres   Minisierstwa   Sprawiedliwości   nazwisk   tych aresztowanych na Białorusi, celem ustalenia ewentualnego miejsca gdzie byli mordowani. Prokurator A. Herzog zaprosił mnie do odwiedzenia go w biurze ministerstwa, co uczyniłem w czerwcu 1995r. Dowiedziatem się, że Ojciec mój Stanistaw figuruje na tak zwanej "Liście Ukraińskiej", zamordowany w kwietniu  1940 r. Według listy dyspozycyjnej  NKWD 3435-ciu obywateli polskich straconych na podstawie Biura Politycznego WKP (b) ZSSR z dnia 5 marca 1940 r., rozstrzelanych na Ukrainie i około 7500 straconych na Białorusi a przede wszystkim 14700 polskich jeńców wojennych, wszyscy na podstawie tego samego rozkazu.
Posiadam dwie ksiązki, w której są dokładne listy z nazwiskami oraz kodem dyspozycyjnym NKWD na podstawie którego można wyliczyć w którym dniu kwietnia czy trochę później zostali zamordowani obywatele polscy na Ukrainie w 1940 roku.

Autor: Bogusław Piesiewicz, Leeds  Anglia.
 

wolhynia 2004 - 2017

wolhynia@wolhynia.pl